Miałam szczęście wychowywać się w domu pełnym pasji oraz szacunku dla pracy i kreatywności. Moja mama ma wielki talent do szycia, spod jej igły wychodzą wspaniałe poszewki na poduszki, kapy i zasłony. Z kolei tata, który dziś jest już na emeryturze, zawodowo zajmował się wykańczaniem wnętrz. Wrażliwi na piękno, z alergią na wszystko, co pospolite, stworzyli dom eklektyczny, pełen staroci, porcelany, własnoręcznie uszytych dekoracji i samodzielnie skonstruowanych mebli.

Pierwsze kroki

Nic dziwnego, że i ja dość szybko zapałałam miłością do szycia i majsterkowania. Pokochałam też płótno i farby. Choć od dzieciństwa towarzyszyłam rodzicom w ich twórczej pracy, sama zaczęłam działać dopiero w liceum. Wtedy to wzięłam na warsztat PRL-owską komodę oraz regał na książki. Pod ręką miałam jedynie resztki materiałów, których tata nie wykorzystał w pracy. Tym sposobem fronty komody przyozdobiłam kawałkami potłuczonej glazury, a regał pomalowałam farbą do ścian. Wkrótce zaczęłam szyć i malować, a z czasem żonglowałam już z wprawą różnymi technikami. Malunki pojawiały się nie tylko na płótnie, lecz także na meblach. A igła z nitką przydały się zarówno przy szyciu poduszek, jak i podczas tapicerowania krzeseł oraz foteli. Mam świadomość, że dziś wszystko można kupić w sklepie. Mimo to lubię „tracić” czas i nerwy, aby powstał mebel jedyny w swoim rodzaju. Gdy mam przed sobą sfatygowany przedmiot, oczami wyobraźni widzę, jak dzięki odrobinie wysiłku, farbie i pięknej tkaninie może się przeobrazić w unikat. W coś wyjątkowego, czego się nie dostanie za żadne pieniądze.