Gdy piętnaście lat temu Maria i Paweł wprowadzili się do mieszkania na strychu jednej z warszawskich kamienic, nie przypuszczali, że pozostaną tu tak długo. – Na początku, wychodząc do miasta, pakowałam torbę w przekonaniu, że już tu nie wrócę – śmieje się gospodyni.

Oswajanie otoczenia

Strych był ponury, smutny, skos gonił skos, a pomieszczenia rozłożone na różnych poziomach sprawiały wrażenie przestrzennego bałaganu. Maria była wtedy w ciąży ze Stasiem. Postanowiła jednak, że coś musi zrobić, jakoś oswoić to miejsce, by dało się tu żyć. Paweł dał jej wolną rękę. Ruszyła przebudowa – zniknęła część ścianek działowych, pojawiły się dodatkowe okna dachowe, wnętrza nabrały koloru, przedmioty złotego blasku. Miejsca, gdzie się pracuje i śpi, utrzymane są w chłodnych błękitach. Reszta – w bieli zmieszanej ze złotożółtym. Na samym początku Maria zrobiła i zawiesiła lampy, które wyglądają jak kwiaty. Na końcu znacznie podwyższyła przeszklone przejście na taras. Po otwarciu przesuwnych drzwi staje się on przedłużeniem salonu. Teraz dawny strych – pełen zakamarków, korytarzyków, tajemniczych schodków – zaciekawia.