O prowadzani przez Agnieszkę po jej królestwie, nigdy nie uwierzylibyśmy, że stworzyła je wewnątrz typowego
dla polskiego budownictwa końca XX wieku domku-klocka, o którym – jak sama mówi – można wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest urodziwy.

Potrzebny lifting

Po ślubie młoda para zamieszkała w wynajętym lokalu. Gdy pojawił się Jakub (dziś 14-letni), a potem Maciej (obecnie 12-latek), niewielki pokój z kuchnią przestał rodzinie wystarczać. – Dzieci rosły, ubrań i rzeczy przybywało, a miejsca ubywało – żartuje Agnieszka. – Zaczęliśmy się rozglądać za czymś własnym. I tak trafiliśmy w Zwoleniu na ten dom. Owszem, duży, ale brzydki, takie gierkowskie pudełko! Miał jednak dwie wielkie zalety – był obszerny i mogliśmy się do niego wprowadzić niemal natychmiast (po wykonaniu niezbędnych prac na piętrze). Uznałam, że to coś dla nas. Przekonałam męża, że z pewnością uda się nam go upiększyć od zewnątrz, a od środka zmienimy go tak, że będzie nie do poznania. Nie mogłam się nacieszyć tą przestrzenią i wyzwaniem, jakie pojawiło się przed nami!

Sekretne zapiski

Wyposażenie przyjechało razem z lokatorami z poprzedniego mieszkania. Okazało się, że mebli jest stanowczo za mało, a niektóre nie wytrzymały próby czasu. – Na początku tylko chłopcy spali w normalnych łóżkach – ze śmiechem wspomina Agnieszka. – My z mężem na dmuchanym materacu, z którego w nocy schodziło powietrze, więc trzeba było go dopompowywać! Musiałam coś wymyślić. W sieci zaczęłam szukać mebli, tkanin, dodatków. Odkryłam wnętrzarskie blogi, fora, pisma. Zaczęłam zapisywać adresy, marki, nazwy. Nocami buszowałam na różnych stronach i zapisywałam, zapisywałam… Mój „domowy pamiętnik” rósł w oczach, przybywało nazw płytek, sof, lamp i tysiąca innych rzeczy oraz zdjęć wnętrz, które mnie zachwyciły i stały się inspiracją. Mam go do dziś! Stał się swojego rodzaju spisaną historią powstawania naszego domu.