Kamienica z 1860 roku bardzo ucierpiała podczas II wojny, ale została odbudowana. Dziadkowie Jakuba, męża Ewy, wprowadzili się tu wkrótce po tym i mieszkali przez wiele lat. – Po śmierci babci dziadek często proponował nam zamianę, bo nie miał siły wspinać się po schodach, tym bardziej że piętra w kamienicy są wyjątkowo wysokie – mówi Ewa. – My zajmowaliśmy mniejszy lokal, ale za to z windą i podziemnym garażem. Odczekaliśmy, aż młodszy synek zaczął samodzielnie chodzić (aby nie trzeba było wnosić wózka i dziecka po schodach) i zrobiliśmy roszadę.

Aby szkło nie brzęczało

– Mieszkanie było w kiepskim stanie – ciągnie opowieść. – Przy każdym kroku wszystko trzeszczało, podłoga się uginała, aż zastawa w szafkach brzęczała. Nie odpowiadała nam też estetyka wnętrza. Rozebraliśmy podłogi do stropów, wymieniliśmy źle położone legary, zbudowaliśmy antresole, powiększając znacznie metraż. Było to możliwe, bo mieszkanie ma 4 metry wysokości. Usunęliśmy jedną ścianę. Innej (niestety nośnej), nie mogliśmy zlikwidować, by stworzyć przestronną i funkcjonalną strefę dzienną, co dla nas, ludzi towarzyskich i gotujących, byłoby optymalnym rozwiązaniem.

Inaczej niż w snach

Ewa marzyła o białych wnętrzach, minimalistycznych, z nielicznymi akcentami barwnymi. – Szybko się okazało, że elementów drewnianych i barwnych jest tyle, że nie może być mowy o utrzymaniu dyscypliny – śmieje się. – Zbyt wiele rzeczy mnie interesuje i zachwyca. Nie mam zamiaru chować książek i płyt w szafach z białego laminatu. Uważam, że mieszkanie jest do mieszkania, a nie do udawania, że to muzeum. Musi tętnić życiem, emanować energią domowników. Udało się nam to osiągnąć. Jesteśmy tu szczęśliwi.