Justyna przez lata mieszkała w mieście i pracowała w różnych korporacjach. Zostawiła jedno i drugie, by z mężem i dziećmi zamieszkać pod lasem. Wierzyła, że to pozwoli im zwolnić tempo życia i bardziej skupić się na sobie. Zanim jeszcze zobaczyła plany domu, sukcesywnie zaczęła kupować meble, lampy i dywany. Wiedziała już, jak chce mieszkać, ale obawiała się, że po wykończeniu domu budżet może nie sprostać jej oczekiwaniom. Wiele fantastycznych markowych mebli udało się jej kupić niedrogo, bo z ekspozycji. Chciała mieć dom nowoczesny, ale nie wyobrażała go sobie bez pamiątek rodzinnych: mebli, zdjęć, obrazów. Uznała więc, że najbardziej pasuje jej eklektyzm – styl, który pozwoli skomponować rzeczy stare, stylizowane i całkiem nowoczesne w harmonijną całość, pasującą do ich upodobań i stylu życia.  Mąż Kuba dał jej w tej sprawie wolną rękę.

Dom nie muzeum

To powiedzenie pani domu, które przyświecało jej podczas opracowania koncepcji wykończenia wnętrz. Musiała zadbać o praktyczną stronę przedsięwzięcia. Dzieci i psy ciągle krążą między ogrodem i salonem, więc podłogi na parterze to betonowa wylewka. Justyna uważa, że doskonale się sprawdza i świetnie wygląda. Ściany zostały pomalowane farbą, której przez długi czas nie trzeba będzie odświeżać (Benjamin Moore), powierzchnie wystarczy umyć. Nie może nachwalić się architekta Tomasza Wuczyńskiego i wykonawcy Witolda Niemca – mówi, że bez nich ten dom by nie powstał. Nie było dla nich rzeczy niemożliwych, pan Witek nawet lustro o długości pięciu metrów wciągnął po rusztowaniu na piętro.

Dla rodziny

Justyna zwierzyła się, że o takim właśnie domu marzyła. Dzięki temu, że wszystko było starannie przemyślane, nawet po upływie półtora roku nie zmieniła w nim niczego. Każdy z domowników ma swój pokój, parter jest wspólny – tylko Balbina i Lola panoszą się wszędzie. Ale im wszystko wolno. Poddasze to królestwo męża Justyny, tam pracuje, ogląda mecze NBA i stacza bitwy na play station. Kwitnące jak szalone storczyki świadczą o tym, że w tym domu kwitnie też miłość.