Dorota jest zdeklarowanym mieszczuchem, jej mąż Jerzy – już nie tak bardzo. Ona nie wyobrażała sobie wyprowadzki na łono natury, a on się przy tym nie upierał. Los jednak miał swoje plany…  


Siła przypadku

Nasza przyjaciółka pochwaliła się, że kupiła działkę – opowiada Dorota. – Pojechaliśmy ją zobaczyć. Miejsce piękne, cisza. Zobaczyliśmy, że obok jest parcela na sprzedaż… Uznaliśmy, że to dobra inwestycja i staliśmy się jej właścicielami. Skoro zaś mamy działkę, warto coś na niej postawić… No i tak zaczął rosnąć nasz dom. Wcale nie miałam do niego przekonania i myślałam, że całość pewnie sprzedamy. Potem jednak postanowiliśmy się przeprowadzić, choć ja nie miałam do tego serca. Prawdę mówiąc, większą frajdę sprawiało mi urządzanie domu niż mieszkanie w nim. Przeszkadzała mi cisza, brakowało ludzi, świateł, tętniącego życia. No i znów zadziałał przypadek.


Cudowna wieś

Po roku od przeprowadzki, z racji problemów komunikacyjnych, Dorota i Jerzy musieli na kilka dni przenieść się do Krakowa. – Od razu okazało się,że… nie umiem już żyć w mieście! – wspomina Dorota. – A to, za czym tęskniłam, doprowadzało mnie do szału. Z rozkoszą wróciłam do naszego domku, ciszy i czystego powietrza. Doceniłam wiejskie życie i do dziś jestem wdzięczna losowi (i mężowi!), że tu zamieszkaliśmy. Z jeszcze większym zaangażowaniem wzięłam się za upiększanie domu. Razem z Jurkiem, który dzieli moją pasję dekoratorską, dopieszczamy każde wnętrze i nasz ogródek, wkładając w to wiele pracy. Oboje skończyliśmy Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, ale ja  od urodzenia Igora zajmuję się domem oraz rozwijaniem swojej kolejnej pasji, jaką jest szycie.