W 2012 roku, rok po ślubie, Katarzyna i Adrian zaczęli szukać dla siebie domu. – Interesowały nas przede wszystkim oferty w miarę blisko centrum Wrocławia, lecz w spokojnej okolicy – mówi gospodyni. – Przez moment snuliśmy nawet plany renowacji zrujnowanej „kostki” z lat 70. XX wieku w doskonałej lokalizacji (co nas bardzo zachęcało!), od czego odwiódł nas znajomy inżynier, za co jesteśmy mu wdzięczni do dzisiaj. Rozglądaliśmy się więc za odpowiednimi ofertami w wybranej okolicy, ale przypadkiem naszą uwagę przykuło ogłoszenie dotyczące domu po drugiej stronie miasta! Zamknięte osiedle, w pobliżu zamek, wiekowe wille, dwa parki – bierzemy!

Do zamieszkania od zaraz

Choć oferta tę zaletę podkreślała, to Kasia i Adrian nie zgadzali się z nią! Idąca do domu uliczka kojarzyła się z amerykańskimi osiedlami i była zapowiedzią niespodzianki wewnątrz. – Nasze poczucie estetyki doznało tąpnięcia – żartuje Kasia. – Kryształowe żyrandole, meble a la Ludwik XIV, pozłacane krany, sofy i fotele w kwiaty, kiepskie gatunkowo drzwi, za to ze złotymi okuciami, kuchenna posadzka w tureckie wzory, no i fontanna-smok w łazience… Pierwszy właściciel zainwestował tu środki po powrocie z USA (my kupiliśmy dom od drugiego właściciela). I to się czuło – dodaje. – Postanowiliśmy to zmienić, ale „amerykański projekt” miał i plusy: znakomite rozplanowanie wnętrz, które są funkcjonalne i przestronne. Remont miał być krótki (wymiana podłóg, drzwi, malowanie), lecz się rozrósł aż do… montażu ogrzewania podłogowego! Kasia interesowała się wystrojem wnętrz od zawsze, ale i Adrian spędził godziny w internecie na poszukiwaniu inspiracji i detali. W końcu poczuliśmy, że najbliższa naszemu sercu jest amerykańska elegancja. Wykorzystałam część mebli i wplotłam je w nową aranżację. Dzięki temu remont poszedł szybko i jesteśmy zadowoleni z efektów.