Poszukując idealnego lokum dla siebie i dwóch czworonogów, Ania i Dominik podjęli nie lada wyzwanie. Wśród wymogów: powierzchnia minimum 75 m2, skąpana w zieleni okolica, blisko przystanku autobusowego i niewiele dalej do wylotówki z miasta. Kompromisy nie wchodziły w grę. Fakt, że trafili na mieszkanie dokładnie takie, jakiego szukali, graniczył niemal z cudem.

Szkice marzeń

Stan deweloperski dał im duże pole do popisu. Zaczęli od szeregu spotkań z architektami z pracowni Qbatura, które zaowocowały szczegółowym i uszytym na miarę projektem. To była ta przyjemniejsza część. Poźniej, gdy zaczęła się brudna robota, było nieco gorzej – szeroki zakres remontu spowodował, że nie obyło się bez niespodzianek. To trzeba było coś przemalować, to przesuwać gniazda elektryczne, to znów poprawiać elektrykę w kuchni. Najmilej wspominają samą przeprowadzkę. Gdy wnieśli ostatni karton, poczuli, że są w domu.

Biel oswojona

Na początku mieszkali dość surowo. Białe meble i ściany, drewniane podłogi. Z tęsknoty za przytulnością Ania zaczęła buszować po Instagramie i Pintereście. W tym pierwszym w szczególności urzekło ją to, jak łatwo można nawiązać kontakt z autorem zdjęcia i podpytać o rady. Tak ją ten Instagram wciągnął, że rozwinęła własne konto (@ania.home). A pasja wnętrzarska została z nią na dłużej. Mimo że od przeprowadzki minęły dwa lata, do dziś bawi się ustawianiem mebli, dodatkami, kolorami. I końca zabawy nie widać!