Gdy Julita przed 20 laty sprowadzała się do tego domu, położonego w małej miejscowości niedaleko Warszawy, wydawało się jej, że zamieszka na wsi. Z okien było widać pasące się krowy i konie, sarny spacerowały po łące, a zimą do ogródka zakradały się zające. Z czasem jednak zaczęły pojawiać się nowe domy i dziś już tylko w oddali widać las i łąkę. Mimo jednak że prawdziwej wsi już nie ma, nadal jest tu bardzo pięknie – przestronnie, zielono i zacisznie.

Centralnego ogrzewania nadal brak!

– Nasz dom stale się zmienia – mówi gospodyni. – Właściwie cały czas się urządzamy. Zmieniają się bowiem potrzeby moje, mojego męża oraz dwojga dzieci, 8-letniej Zosi i 13-letniego Pawła, a poza tym do różnych decyzji aranżacyjnych po prostu „dojrzewamy”. Na przykład nadal nie mamy centralnego ogrzewania. Pomieszczenia ogrzewamy, paląc w kominku i w kuchni. Kiedyś nie wyobrażałam sobie życia bez kaloryferów, teraz zaś coraz częściej dochodzę do wniosku, że tak jest lepiej, a na pewno ciekawiej i piękniej, mimo pracy, jaka się wiąże z paleniem. Nic jednak nie zastąpi rozchodzącego się po domu zapachu drewna i dającego poczucie bezpieczeństwa trzaskania szczap.


W rodzinnym gronie

Choć aranżacja wnętrz przechodzi modyfikacje, to podstawa wystroju pozostaje ta sama – są nią meble, dodatki i pamiątki po przodkach. – Dzięki ich obecności czuję łączność z poprzednimi pokoleniami – wyjaśnia Julita. – To też dobry sposób, by nauczyć dzieci znaczenia tradycji i tworzenia więzi rodzinnych. Wyniosłam to z domu, bo takie podejście zawsze było w mojej rodzinie. Zresztą taki wystrój wnętrz jest ponadczasowy, nigdy się nie znudzi i nie opatrzy. Z zawodu jestem księgową (prowadzę biuro rachunkowe), ale z przyjemnością zajmuję się stylizowaniem domu. Staram się, by żył zgodnie z porami roku i zawsze był przytulny.