Najpierw przeszli etap wynajmowanych mieszkań. Potem zdecydowali, że już najwyższa pora kupić własne. Mateusz marzył o domku, ale na to nie było ich stać, a Kaja… najchętniej wróciłaby do Francji, gdzie mieszkała przez jakiś czas. Umówili się, że wybiorą takie lokum, w którym zaraz po wejściu poczują to nieuchwytne coś. Obejrzeli kilka propozycji i wreszcie trafili na kameralne osiedle niskich bloków otoczonych drzewami w zielonej dzielnicy Krakowa. Blisko do centrum, jeszcze bliżej do lasu. Idealne miejsce do codziennego życia i weekendowego wypoczynku.

Miłe niespodzianki

Kiedy weszli do mieszkania, zamurowało ich z wrażenia. Niespełna 40-metrowe, dwupokojowe, było świeżo odremontowane i w pełni wyposażone. Zgaszone biele i écru przełamane lawendowymi dodatkami, stylizowane meble, tekstylia z kwiatowymi motywami, skrupulatnie dobrana ceramika, a na stole – bukiet polnych kwiatów! Było jak w bajce.  – Rzeczywistość przerosła moje marzenia – mówi Kaja. – Poczułam się, jak na południu Francji, a przecież wszyscy wiedzą, że jestem nieuleczalną frankofilką – dodaje. Okazało się, że podobne zainteresowania ma Kamila Urzędowska, wcześniejsza właścicielka mieszkania, a zarazem jego projektantka (Dream House). Panie natychmiast znalazły wspólny język. I nie były to tylko niuanse transakcji, a początek przyjaźni, która trwa do dzisiaj.

Pełnia szczęścia

Mateusz przyznaje, że – i owszem – mieszkanie robiło wrażenie, ale jemu wydawało się początkowo nieco… babcine. Ale kiedy okazało się, że przylega do niego spory ogródek i wreszcie mogło się spełnić jego marzenie o koszeniu własnego trawnika, on też uznał, że właśnie dobili do portu. Mieszkanie kupili z całym wyposażeniem. Wprowadzili się do niego praktycznie tylko z dwiema walizkami, jedną kanapą i drapakiem dla kota. Mateusz cieszy się, że żona wreszcie przestała wspominać o przenosinach do Francji. – A po co mielibyśmy się tam przeprowadzać, skoro czuję jej klimat we własnym mieszkaniu! – dopowiada Kaja.