Lidia wychowała się na typowym mieleckim blokowisku. Koledzy ze szkolnej ławy byli sąsiadami. Nigdy nie zapomniała specyficznego uroku takich osiedli, ale spacerując, wybierała ciche uliczki z domkami na niewielkich działkach i marzyła, by zamieszkać w jednym z nich. „Czarno-biała rezydencja” to szóste lokum, w którym mieszka wraz z mężem Piotrem i córkami. Wcześniej coś wynajmowali, potem kupili niewielkie M. Gdy zdecydowali się na „coś większego”, okazało się, że ceny trzypokojowych mieszkań dorównują tym małych domków!

Cuda się zdarzają

Ten dom Lidia i Piotr kupili pięć lat temu. – Nie było łatwo przekonać męża – mówi nasza bohaterka. – Mnie podobał się układpomieszczeń, ale budynek z lat 70. wymagał remontu i Piotr bał się nakładów finansowych i ogromu prac. Jednak zmienił zdanie, może przekonała go decyzja poprzedniej właścicielki, która wybrała naszą ofertę, bo pani Alicji spodobała się wizja zmian, jakie przed nią roztoczyłam. Stwierdziła, że to dom idealny dla nas! Do dziś jesteśmy wdzięczni za możliwość jego zakupu.

Do góry nogami

Remont musiał być błyskawiczny, bo rodzina chciała jak najszybciej zamieszkać u siebie. Po czterech miesiącach pomieszczenia kompletnie zmieniły układ, np. w wielkiej kuchni powstał salonik, ze spiżarki i części łazienki stworzono kuchnię itd. Teraz na 84 metrach kwadratowych są salonik, kuchnia, łazienka, sypialnia, pokoje córek i spiżarnia. Nadal trwają prace na poddasz – na razie powstała tylko pracownia Lidii.

Black & white

Nowi właściciele byli pewni wyboru czarno-białej kolorystyki i nigdy go nie żałowali. – Piotr, ilekroć wracamy z podróży, nie może się nadziwić, jakim spokojem napełnia go nasz dom – opowiada żona. – Córkom też się to podoba. Znajomi obserwowali nasze zmagania z remontem, niektórzy pomagali, lecz mało kto rozumiał mój zamysł aranżacyjny. Czarne zasłony? Będzie jak w zakładzie pogrzebowym! A my robiliśmy swoje w myśl sentencji Dantego: „Idź swoją drogą, a ludzie niech mówią, co chcą” – która teraz wisi u nas w korytarzu wśród innych ważnych myśli.