Nie planowali żadnych rewolucji. Od zawsze mieszkali w Warszawie, a dom, który chcieli postawić na Podlasiu, miał być ich wakacyjnym azylem. Życie miało się toczyć w z góry zaplanowanym rytmie – praca, dom, dzieci. Na co dzień w stolicy, za miastem od święta. Aż tu znajomy Ani wyliczył, ile weekendów będzie mogła spędzić poza Warszawą. Po uwzględnieniu pracujących sobót i niedziel faktycznie zostałoby niewiele czasu. Wówczas podjęli z Maćkiem męską decyzję  – „Wyprowadzamy się na wieś!”.

Klamka zapadła

Budowę nadzorowali zdalnie. Przyjeżdżali tu, kiedy tylko trafiła się okazja. Spali w drewnianej chacie, otrzymanej razem z kawałkiem ziemi, na którym się właśnie budowali. Zimą ogrzewał ich tu stary piec kaflowy, latem szukali ochłody w cieniu drzew. Budowa trwała dwa lata. W tym czasie Ania przemyślała kwestię wystroju wnętrz. Ich mieszkanie w Warszawie było onochromatyczne, skąpane w bieli. A ona od zawsze kochała ludowe, nieco nawet siermiężne klimaty. Ceniła je za naturalność oraz za bogactwo wzorów. Postanowiła, że do nowego domu wprowadzi kolor, różnorodne faktury oraz bliski jej sercu styl vintage. Zależało jej, by oprócz stylizowanych mebli i dodatków wnętrza zdobili prawdziwi świadkowie poprzednich epok. Wyszukała w sieci żeliwne kaloryfery żeberkowe oraz zjawiskowe płytki ceramiczne, które niegdyś służyły mieszkańcom starych kamienic. Ma do nich ogromny sentyment, ale darzy szacunkiem wszystkie przedmioty, zarówno te z duszą, jak i nowe, które przyjechały do niej prosto z półek sklepowych. I z uśmiechem obserwuje, jak w jej domu zyskują nową historię.