Zawsze chciałam, by mój dom tryskał życiem i kolorami, by był inny niż wszystko, co do tej pory widziałam. Gdy go znalazłam, zakasałam rękawy. Nie dla mnie komplety prosto z salonu. Sama wymyśliłam wiejską murowaną kuchnię i zaczęłam poszukiwania ludowych mebli. Spodziewałam się, że ich stan będzie pozostawiał wiele do życzenia, zaczęłam więc zgłębiać tajniki gruntownej renowacji, fachową wiedzę czerpiąc najpierw z książek, potem – z internetu. Pasję do malowania wyniosłam ze studiów artystycznych. Drewniane fronty, blaty i drzwiczki stały się moim płótnem, które pokrywałam turkusami, żółcieniami oraz cukierkowym różem. Uważam, że stare przedmioty mają duszę. Intryguje mnie ich przeszłość pełna tajemnic.

Fachowa pomoc

Jak magnes przyciągam sfatygowane kredensy, stoły i bufety. Zanim znajdę im nowych właścicieli, zdzieram z nich grube warstwy łuszczącej się farby, usuwam szkodniki, impregnuję. Są jednak w moim domu takie meble, których nigdy nie oddam. Bo były w mojej rodzinie od zawsze, bo urzekła mnie ich historia, bo szalenie mi się podobają. Tak jak różowy kredens, który całymi latami ukrywał się w garażu mojej cioci. Solidnie go wyremontowałam. Wstawiłam nowe szybki, wymieniłam nóżki i zachowawczo pomalowałam na biało. Dopiero z czasem nabrał różowych rumieńców. Szybko zrozumiałam, że wyraziste barwy lubią towarzystwo. Im bardziej zaskakujące połączenie, tym lepiej.

Kolor (nie) do pary

Do moich wesołych mebli dobieram żywe, wzorzyste dodatki, starą porcelanę łączę z rękodziełem oraz modnymi żartobliwymi gadżetami. Porządku na stole pilnuje różowy flaming, znad drzwi spogląda na mnie fioletowy nosorożec. A że ostatnio zakochałam się w tropikalnych motywach, do tego szalonego zwierzyńca dołączyły barwne papugi. W takim gronie nuda z pewnością mi nie grozi!