­M jak mieszkanie: Jaki jest ten styl? Od dawna przykładasz wagę do tego, co masz na talerzu?

Beata Sadowska: Wszystko zaczęło się od warsztatów psychologicznych połączonych z głodówką, oczyszczaniem organizmu, na które pojechałam dziesięć lat temu. Przez sześć dni piłam zioła usuwające toksyny. Trzy wieczory sączyłam oliwę z oliwek z pierwszego tłoczenia na zimno z sokiem z cytryny, które oczyszczają wątrobę. Po detoksie czułam, jak uaktywniły się kubki smakowe. Lepiej odbierałam smaki, zapachy. I choć już dawno zrezygnowałam z białego cukru, mięsa, soków z kartonu i mleka, wtedy kilka rzeczy mi „się zaświeciło”. To była kwestia decyzji w głowie, że chcę o siebie zadbać, zainwestować w coś, co jest dla mnie najcenniejsze, czyli w zdrowie. Od tamtej pory robię na przykład kawę według zasad Pięciu Przemian. Wierzę, że pomaga energii krążyć w organizmie, tak jak powinna krążyć. Ta kawa super dogrzewa, jest aromatyczna...

Wracając do warsztatów, myślę, że udział w nich był jednym z kroków milowych. A poza tym, ja chyba dojrzałam do takiego stylu życia. Zaczęłam biegać. Wróciłam do sportu, na basen, zaczęłam robić ćwiczenia na kręgosłup. Kiedyś trenowałam lekkoatletykę na Legii, ale to były czasy, gdy sportu uczono głównie przez rywalizację. To nie moja bajka. Chcę czuć frajdę. Być może nie nadaję się do zawodowego sportu. Dla mnie sport to endorfiny, przyjemność, uśmiech. Fakt, że po prostu chce mi się chcieć. A nie stawanie w szranki z tysiącami innych. Nie zależy mi na wynikach, złotych medalach, porównywaniu się. Zależy mi na tym, żeby się ruszać.

 

Mjm: Czym wyróżnia się Twoja kuchnia?

B.S.: Jest prosta, bazuje na warzywach, kaszach – jaglanej, gryczanej, pęczaku, komosie ryżowej, kuskusie. Dużo w niej ziół, ziaren, nasion, olejów. Uwielbiam zwłaszcza olej lniany. Bardzo dużo sama gotuję. W mojej kuchni nie ma mąki pszennej, białego cukru, mleka w czystej postaci. Zdarza mi się zjeść jogurt, kefir czy maślankę, ale niecodziennie. Należę do grupy, która uważa, że mleko jest wskazane na pewnym etapie rozwoju. Małe dzieci je piją, bo potrzebują wapnia do budulca kości. Jednak potem, gdy urośniemy, nie jest to warunek sine qua non naszego zdrowego bytowania.

Jeśli makaron lub pizza, to razowe. Jaja tylko eko. Nie używam półproduktów i dań gotowych. Mój synek Tysiek nie zna musów ze słoiczków. Szybko zaczął jeść to co my. Kładliśmy mu na talerzu różne zdrowe, kolorowe rzeczy – marchewkę, jabłko czy ziemniaka, by dać mu wybór. Zgodnie z metodą „baby-led weaning” po dwudziestu próbach mógł stwierdzić, który smak mu odpowiada. Dziś wcina jak my... awokado, kaszę jaglaną, ryby gotowane na parze.

 

Mjm: Co poradziłabyś młodym rodzicom?

B.S.: Rodzice często myślą, że musy ze słoiczków to wielka wygoda, bo łatwo je na przykład zabrać w podróż. Dla mnie wygodą jest samodzielne zrobienie zupy, zmiksowanie jej. Rodzice boją się, że bez gotowych musów nie dostarczą maluchom niezbędnych składników odżywczych. Jednak gdy przeczytają skład na słoiczku, nie znajdą w nim nic nadzwyczajnego: jagnięcinę, marchewkę, pietruszkę, masło i seler.... Możemy kupić je sami, nawet lepszej jakości. Zrobić z nich zupę.

Dobrze jest też pamiętać, że dzieci są małymi odkrywcami. Warto pozwolić im poznawać świat, dać trochę wolności. Zwykle rodzice uważają, że wiedzą lepiej. Oczywiście, wiemy lepiej, że dla dziecka zdrowsza jest kasza gryczana niż czekolada. Jednak nie dajemy maluchowi wyboru. My z Pawłem posłuchaliśmy bardzo mądrego pediatry Piotra Dziechciarza , który doradził, by pozwolić Tyśkowi próbować naszych potraw. I tak właśnie Tyś polubił warzywa. Zobaczył na talerzu mój miks z batata, ziemniaka, pietruszki, pasternaku, szpinaku, z olejem lnianym. I pokazał: „to”. Uśmiechnęłam się w duchu, myśląc: „Spróbuj, ale wiem, że ci nie posmakuje”. (Mój syn miał wtedy etap bananowy i wcinał tylko banany). Spróbował, zjadł połowę porcji. Od tamtej pory lubi wszystkie warzywa.

 

Mjm: Używasz tylko produktów ekologicznych?

B.S.: Staram się robić zakupy w sklepach ekologicznych (mam dwa ulubione w Warszawie). Ale uważam, że żadne ekstremum nie jest dobre. Zdarza mi się pójść po chleb na zakwasie razowym do piekarni. Gdy skończą mi się ekologiczne pomidory, to zaglądam do cudownej budki, którą mamy na rogu i tam kupuję równie dobre pomidory malinowe. Dostosowuję się do tego, jak funkcjonujemy. Bo żyjemy tu, gdzie żyjemy. Nie mieszkam na wyizolowanej wyspie, gdzie rosną tylko kokosy i nie ma samochodów. Byłoby wspaniale, ale na razie jestem tu, gdzie jestem, więc staram się myśleć racjonalnie.

Mam zasady, których nie zmieniam. Nie tykam na przykład jaj innych niż „zerówki”, bo szkoda mi kur, które nigdy nie dreptały po trawie, są ściśnięte w klatkach, nie mogą ruszyć skrzydłem. Dla mnie to nieetyczne. Nie krytykuję, gdy ktoś po nie sięga, ale ja nie potrafię. Wolę z nich zrezygnować. Za bardzo kocham zwierzęta i nie smakowałby mi taki produkt.

 

Mjm: Zauważyłaś u siebie zmiany po wprowadzeniu zdrowej diety?

B.S.: Absolutnie tak. Lepsze samopoczucie, więcej energii, poczucie lekkości. Bardziej chce mi się chcieć. Mam siłę na wszystkie aktywności, bieganie. Oczywiście zmieniła mi się też sylwetka. Schudłam, organizm odpłacił się za to, że byłam dla niego dobra. Jasne, że gdy mam ochotę na ciastko, idę do ukochanej kawiarni. Natomiast nie czuję się po tych ciastkach rewelacyjnie. Jak już człowiek tak zdrowo się odżywia, jego organizm wie, co jest dla niego dobre i trochę się buntuje, gdy dostanie coś innego.

 

Mjm: Co sądzisz o dietach odchudzających?

B.S.: Przetestowałam, by dojść do wniosku, że najfajniejsze jest mądre odżywianie. Warto posłuchać, co podpowiada organizm, tymczasem często go zagłuszamy,

pochłaniając rzeczy niezdrowe. Myślę, że rozsądnie jest jeść regularnie. Nie objadać się na kolację. Pamiętać o śniadaniach. Ja lubię te na ciepło, bo dają energię na ładnych parę godzin. Warto sięgać po kasze pełne białka i minerałów. Warzywa, wiadomo. Nie jeść owoców na wieczór, bo zawarte w nich cukry z przyjemnością nam się gdzieś poodkładają. Zamiast smażyć – gotować na parze lub piec w piekarniku. Ciężkie sosy śmietanowe lepiej zastąpić oliwą z oliwek, olejem lnianym, orzechowym, dyniowym, rzepakowym. Po zmiksowaniu, dodaniu cytryny, musztardy i miodu, powstanie pyszny kremowy sos. Jeśli już lubimy gęste zupy, to zamiast mąki i tłuszczu, użyjmy komosy ryżowej, soczewicy. Panierkę kotleta róbmy nie z bułki tartej, a z płatków owsianych. Nie futrujmy się sztucznymi słodyczami, skoro możemy w banalny sposób przyrządzić nutellę z awokado, daktyli, banana i kakao. A jak ktoś się strasznie krzywi, to niech zrobi owoce pod kruszonką. Taki deser będzie dużo zdrowszy niż przetworzony baton z mnóstwem E.

 

Mjm: Podpowiesz nam zdrowsze zamienniki cukru czy soli?

B.S.: Zamiast cukru białego – daktyle, syrop klonowy lub z agawy (z tym ostatnim trzeba uważać, ponieważ zawiera sporo cukru, jest bardzo kaloryczny). Polecam też miód naturalny. Jedzony prosto ze słoiczka, a nie rozpuszczany we wrzątku, bo wtedy traci wartości odżywcze. Maksymalna temperatura wody to 70-80 stopni Celsjusza. Co jeszcze zamiast cukru? Cukier brzozowy, czyli ksylitol. Stewia do mnie nie przemawia, zwłaszcza płynna.

Soli w zasadzie nie używam. Jeśli już, to różową himalajską lub moją ukochaną – ziołową, z Bretanii. Zastępuję ją sosem sojowym, na przykład gdy robię rybę z pieca – z miodem, trawą cytrynową, imbirem, czosnkiem i właśnie z sosem sojowym.

 

Mjm: Skąd czerpiesz przepisy, inspiracje?

B.S.: Gdy zaczynasz zdrowo się odżywiać, pojawia się efekt kuli śnieżnej. Ktoś ze znajomych pyta, czy próbowałaś tego albo tego. Sproszkowanych pędów młodej pszenicy, bo są zdrowe i mają mnóstwo minerałów. To dzieje się samo. Nie wertowałam książek kucharskich. Nie miałam takiej potrzeby. Lubię słuchać, inspirować się przepisami innych, modyfikować je, gdy nie odpowiada mi pewien smak.

 

Mjm: A podróże?

B.S.: Oczywiście czerpię też inspiracje z podróży. To w podróży zakochałam w mango. Idealnie, bo najnowsze badania mówią, że mango jest antyrakowe. Zaleca się jeść jeden owoc dziennie. Gdzie tylko mogę, dodaję mango do potraw. Chociaż trochę kłóci się to z zasadą, którą również bardzo lubię i uważam, że jest racjonalna i zdrowa: „jedz to, co rośnie wokół. Jedz sezonowo”.

Z podróży przywożę herbaty, dodatki, trawę cytrynową, dużo ziół. Z wyspy Noirmoutier w Bretanii na przykład – sól obłędnie pachnącą ziołami.

 

Mjm: Twoja ulubiona kuchnia świata?

B.S.: I tu mam problem. Na pewno japońska, bo jest minimalistyczna, czysta w smaku, pełna świeżych produktów, ryb. Pamiętam śniadanie, które jedliśmy o czwartej albo piątej rano na największym targu rybnym w Tokio. Gigantyczne kolejki ustawiały się do knajpek. My, w jednej z nich, wybraliśmy miskę ryżu ze świeżymi rybami i sosem sojowym. Nic więcej. Danie było naprawdę fantastyczne.

Bardzo lubię też kuchnię tajską – za aromaty, przyprawy, zioła, mnóstwo świeżych warzyw i owoców. Kocham kuchnię włoską – za oliwę z oliwek, warzywa, dobry makaron, który stanowi znakomite paliwo dla mięśni przed długimi biegami.

 

Mjm: W Twojej książce „I jak tu nie jeść!” wszystkie przepisy są proste, szybkie...

B.S.: Bo ja tak gotuję i nie mam czasu na skomplikowane dania.

 

Mjm: Jednak musi za nimi stać olbrzymia wiedza, doświadczenie, intuicja.

B.S.: Improwizacja po prostu. Bardzo lubię improwizować w kuchni. Gdy nie mam konkretnego składnika, zamieniam go innym. W książce zamieściłam przepis na bezglutenowy chleb bananowy, do którego dorzucam nerkowce, ale gdy mi ich zabraknie, używam orzechów brazylijskich albo migdałów, a nawet orzeszków ziemnych. Raz łączę makrelę z czerwonym pieprzem i ogórkami kiszonymi, kiedy indziej z ogórkami konserwowymi lub z kalarepą. Wystarczy uruchomić wyobraźnię, wczuć się, uśmiechnąć do kuchni i powstanie dobre danie.

 

Mjm: W życiu zabieganego człowieka nie zawsze jest na to czas...

B.S.:. Znajdzie się. To kwestia decyzji w głowie. Zwykła wymówka: brak czasu, małe dziecko, praca na trzech etatach mnie nie przekonuje. Też mam małe dziecko, intensywnie pracuję. Wszystko da się pogodzić. Nawet dzisiaj rano... Tysiek już zjadł swoje śniadanie, ja jeszcze nie. Zajrzałam do lodówki, zobaczyłam włoszczyznę, sezam, sos sojowy, olej kokosowy, trawę cytrynową. Zrobiłam azjatycką zupę na bazie polskich warzyw. Przygotowanie zajęło mi kwadrans. Jak większość potraw w mojej książce. Do pracy możemy też zabrać sałatkę z razowego makaronu, oliwy z oliwek, świeżych pomidorów, bazylii, sera feta lub koziego. I już! Albo owsiankę z pokrojonymi surowymi warzywami i kawałkiem koziego sera. Nie jest to wybitnie skomplikowane, a jakie pyszne.