Gdy kupiliśmy z mężem mieszkanie z drugiej ręki, on całymi dniami doprowadzał nieremontowany od lat lokal do stanu, jaki by nam odpowiadał, a ja zastanawiałam się, jak go urządzić. Szperałam w magazynach wnętrzarskich i w internecie. W końcu założyłam konto na Instagramie, ściągnęłam aplikację Pinterest i… szukałam natchnienia!

Miłość od pierwszego wejrzenia

Natknęłam się na makramy, ale nie miałam pojęcia, co to jest ani jak się nazywa. Te ręcznie plecione ścienne dekoracje od razu mnie zauroczyły. Zachwycałam się wtedy pracami twórców ze Stanów Zjednoczonych i Australii; nie znałam jeszcze żadnych artystów z Polski. Zmęczona przedłużającym się remontem zamówiłam sznurki i zaczęłam ćwiczyć, podpatrując zagraniczne tutoriale na YouTubie.

Nie było łatwo

Długo byłam niezadowolona ze swoich prac, więc… plotłam i rozplątywałam, plotłam i rozplątywałam… Postępami zaczęłam dzielić się na instagramowym koncie wnętrzarskim @zycienablokowisku. Założyłam je, by dzielić się przebiegiem remontu, szukać inspiracji i poznawać innych użytkowników, ale kiedy zaczęłam regularnie pokazywać moje prace, a inni zaczęli je doceniać i chwalić, konto stało się także makramowe. Z perspektywy czasu wybrałabym inną nazwę, ale wiem, że wiele osób utożsamia już moje makramy z Życiem na Blokowisku… Po kilku miesiącach tworzenia makram dla siebie i do szuflady zaczęły się pojawiać pytania o możliwość zakupu. Sprawiło mi to wielką przyjemność i satysfakcję, choć początkowo wcale nie myślałam o sprzedawaniu swoich wyrobów. Ale powiedziałam sobie: „Dlaczego nie?”. Zaczęło sie niewinnie, od małych wzorów. Jednak cały czas starałam się projektować nowe, których moi obserwatorzy nie widzieli. Pojawiły się pierwsze abażury, łapacze snów oraz poszewki na poduszki 50x50 cm, z których jestem bardzo dumna. Gdy Lena poszła do przedszkola, założyłam własną firmę Makramy na Blokowisku i sklep Makramynablokowisku.pl. Teraz chcę się skupić na rozwoju firmy i… własnym!