Urodziłam się w Koniakowie, małej wsi w gminie Istebna, w Beskidzie Śląskim. Koniaków wraz z Jaworzynką i Istebną tworzą tzw. Beskidzką Trójwieś i jest ona najwyżej położoną miejscowością w tym rejonie. Koniaków słynie od wieków z produkcji koronkowych ozdób i części garderoby oraz tekstyliów domowych, a ostatnio – także bielizny.

Z babki na matkę, z matki na córkę…

Heklowaczki – tak mówi się u nas o kobietach szydełkujących. To słowo pochodzi od czasownika heklować, które w gwarach cieszyńskiej i poznańskiej oznacza szydełkowanie (w innych językach też brzmi podobnie, np. hekle po norwesku, häkeln po niemiecku). Tak więc u nas kobiety heklują, a mężczyźni, rzeźbią, czyli zajmują się artystyczną obróbką drewna. Od dziecka wzrastałam wśród koronek, babcia, mama, sąsiadki, wszystkie kobiety szydełkowały. Gdy rano szłam do szkoły, to siedziały przed swoimi domami i heklowały. Same lub w grupie z innymi. Pamiętam, jak moja mama Bernadetta chodziła heklować do sąsiadki. Siadały pod wielkim orzechem na ławeczce, robiły i rozmawiały. W oczach tkwi mi ten widok. Dziś czasem mama dzwoni i mówi: „Przyjdź, to razem poheklujemy!”. I to jest bardzo miłe, bo w obecnych czasach coraz rzadziej się zdarza.

Trudne początki

Gdy miałam 9 lat, mama powiedziała: „Twoje koleżanki zarabiają na swoje potrzeby, to i ty będziesz”. Uczyła mnie parę lat, ale nie szło mi to dobrze. Nie miałam cierpliwości, irytowałam się, że jeden kwiatek robię dwa dni i wychodzi mi krzywy. A mama i babcia kazały pruć, liczyć oczka i robić od nowa. Nie obyło się bez buntu i łez. Mając 12 lat zrobiłam  pierwszą serwetkę i jakoś poszło. Mama nosiła moje i swoje do sąsiadki, a ta sprzedawała je w domach wczasowych. Swoją koronczarską pasję zawiesiłam na trzy lata szkoły ponadpodstawowej. Na dobre zajęłam się heklowaniem po ślubie w 2003 roku i zaczęłam robić to, co aktualnie najlepiej się sprzedawało. Potem przyszedł czas na własne projekty, udział w konkursach i wystawy…