Zaczarowała mnie Afryka. Mieszkanie w kolonialnym stylu

Beata Ristowska odziedziczyła po tacie marynarzu pasję poznawania nowych krajów. Przywozi z nich skarby, które towarzyszą jej w podwarszawskim mieszkaniu. Pamiątek z Czarnego Lądu jest w nim najwięcej. Tworzą bliski jej sercu klimat.

Zaczarowała mnie Afryka
Zaczarowała mnie Afryka
Zaczarowała mnie Afryka
Zaczarowała mnie Afryka
Zaczarowała mnie Afryka

Beata policzyła, że to podwarszawskie jest jej osiemnastym mieszkaniem. Były ekstremalnie różne. Nie tylko dlatego, że w różnych krajach, ale też z powodu standardu. Najbardziej malowniczy był dom w Liberii. Na skraju dżungli, z dużą werandą. Jak w hollywoodzkim filmie piła na niej kawę w porannej mgle. W nocy obserwowała rozgwieżdżone tropikalne niebo. Mieszkała tam ponad dwa lata. Za krótko. Jej domem był też wojskowy namiot i kontener w Kosowie. - Prąd z agregatora pojawiał się, poza świtem, z częstotliwością wygranej na loterii - wspomina.

Wstawała więc jak najwcześniej, by zdążyć z niego skorzystać. Jeszcze po powrocie do kraju, w swoim nowym mieszkaniu, budziła się w stresie, czy uda jej się wysuszyć włosy suszarką. Kolacje przy świecach, na które zapraszali ją znajomi, kojarzyły jej się nie tyle z miłym nastrojem, ile z uciążliwym brakiem prądu. Do najprzyjemniejszych chwil należało włączanie i wyłączanie światła. Teraz to ona decydowała, czy lampa się zaświeci.

O nowym mieszkaniu

Kiedy je kupiła, wszystkie ekipy remontowe akurat wyemigrowały do Londynu. Długo trwało, zanim się wprowadziła. Ktoś zaczynał coś robić, nie kończył, pojawiał się ktoś nowy. Jedynie z projektem nie było problemu. Z poleconą przez znajomego dwójką architektów: Agnieszką Kmit i Rafałem Zambrzyckim ze studia Moderno natychmiast się zrozumiała.

Wiedziała jedno - wystrój powinien być skromny i przyjazny dla jej afrykańskich pamiątek. Cała trójka obmyślała kolorystykę i wybierała meble. - Dobrze mi tu - mówi Beata. - Ale wiem też, że nie jest to mój końcowy przystanek. Może wrócę do Afryki? Moje serce bije w jej rytmie.

Mieszkanie, choć niewielkie (ma ok. 50 m2), wydaje się całkiem przestronne. Głównie dzięki wyburzeniu ściany między kuchnią i pokojem oraz otwarciu go na przedpokój.
Ściany w saloniku zdobią afrykańskie maski. Beata przywiozła je z Mali, Liberii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Sierra Leone i Gwinei. Wszystkie były używane podczas plemiennych uroczystości, np. na weselach i w czasie obrzędów inicjacyjnych kobiet. - Mają dobrą energię - mówi gospodyni.
Do mozaiki z drewna sucupira na podłodze idealnie pasują skórzane kanapy i krzesła. Kupiła je w AlmiDécor. W Red Onion znalazła stoliki kawowe z drewna sheesham. W ten kolonialny klimat wpisuje się lampa na statywie przywieziona z Amsterdamu oraz dwa świeczniki przy kanapie, które przebyły długą drogę z libańskiego sklepu w Liberii. Beata najchętniej odpoczywa, siedząc na kanapie i słuchając płyt. - Może zabraknąć prądu, poradzę z tym sobie. Ale nie muzyki - zapewnia.

Kuchnię scalają z częścią jadalnianą fronty wpółgrające kolorem drewna z pozostałymi meblami oraz podłogą. Beata zrezygnowała też z płytek, by nadać kuchni pokojowy charakter. Ściana nad blatem roboczym została pokryta błyszczącym stiukiem, który łatwo można umyć.

Ocena: 0
Tekst: Małgorzata Pawlak Stylizacja: Ola Buczkowska Zdjęcia: Michał Przeździk

POLECANE ARTYKUŁY