To była miłość od pierwszego wejrzenia – zaczyna swoją opowieść Anna. – Do naszego obecnego mieszkania trafiłam przez przypadek. Mieściło się tu wówczas studio fotograficzne, a ja odwiedzałam pracującego tu kolegę. Oczarował mnie industrialny charakter tej przestrzeni: skute do cegły ściany, wysokie stropy oraz ogromne okna, przez które wlewało się do środka morze światła. Urody wnętrza nie przysłoniły mi nawet tony sprzętu fotograficznego ani ciągnące się od sufitu po podłogę kilometry kabli. Co więcej, myślę, że to od nich wzięło się moje zamiłowanie do przemysłowych lamp i długich przewodów – dodaje.

Nowy rozdział

Gdy po kilku miesiącach nieoczekiwanie okazało się, że lokal jest dostępny, Ania nie posiadała się z radości. Czuła, że te 73 m2 to idealne miejsce dla niej i Marcina. Zanim urządzili się po swojemu, zorganizowali tu swoją ślubną sesję zdjęciową. Dziś te fotografie mają dla nich podwójną wartość. – Po sesji przyszedł czas na kapitalny remont. Najtrudniejsze były oczywiście sprawy techniczne. Decyzje, którędy mają biec rury, gdzie zmieścić prysznic, a gdzie kuchnię – wspomina właścicielka. – Dekorowanie wnętrza było już czystą przyjemnością.

Na przekór wszystkim

Choć Ania dorastała wśród roślin (jej mama również miała kwiaciarnię), postanowiła, że jej mieszkanie nie utonie w zieleni. Od miejskiej dżungli woli świeże kwiaty. Jej ulubione to lilie i hortensje. Uwielbia też eukaliptus, więc zawsze go u niej pełno. Drugim postanowieniem było wspieranie lokalnych artystów. Powstrzymała początkową chęć kupienia gotowych grafik i rozpoczęła poszukiwania legnickich szkiców i fotografii. Jej kolekcja powoli rośnie, a mieszkanie z miesiąca na miesiąc nabiera coraz bardziej indywidualnego charakteru. – Nic bym tutaj nie zmieniła – deklaruje z uśmiechem.