Książka „Jak przestałem kochać design” ma w sobie wiele ze wspomnień. Autor, grafik i rysownik, nieraz przywołuje postać swego ojca, architekta Piotra Wichy, pamięcią sięga też do lat swego dzieciństwa i młodości oraz do doświadczeń wieku dorosłego, który przypadł na ćwierćwiecze transformacji. Krytyczny stosunek do świata idący w parze z ironicznym poczuciem humoru, a także erudycja i literacki talent Marcina Wichy sprawiają, że całość staje się bardzo refleksyjną literaturą faktu, zbiorem szkiców intrygującym i pochłaniającym jak najlepsza powieść.

Notka na obwolucie treść książki zapowiada tak: Do rodzinnego domu autora nie mają wstępu kapcie, pufy ani meblościanki. Po podłodze stukają drewniaki, zdobyte cudem odrzuty z eksportu. Plakaty Świerzego, klocki Lego, deska kreślarska ojca i rubryka „Wybraliśmy dla Ciebie” w piśmie „Ty i Ja” to pilnie strzeżone przyczółki w wojnie z peerelowską brzydotą. Potem syn architekta zostaje projektantem. W kraju zmienia się system. Wróg jednak pozostaje ten sam, jest tylko bardziej krzykliwy. „Nasze logoski są za małe!” – denerwują się klienci. W mediach emocje wypierają fakty, a rozmowy o kolorach wciąż przyprawiają grafików o zawał serca... „Zakochaj się w designie” – zachęcają ekrany w warszawskich tramwajach. Starannie zaprojektowane wnętrza dyscyplinują gości skuteczniej niż ochrona przy wejściu. Ktoś kiedyś mówił, że design miał zmieniać świat na lepsze?

Design czym był, czym jest, czym powinien być?

Fundamentalnym wątkiem książki Marcina Wichy jest pytanie o sens i rolę designu, który w ciągu bez mała stu lat, gdzieś pomiędzy powstaniem Bauhausu (1919) a dniem dzisiejszym, przeszedł drogę od utylitarnych i świadomych społecznie rozwiązań, mających stworzyć dobre warunki do życia wszystkim ludziom, bez względu na ich status finansowy, do estetyzmu zaprawionego często konsumpcjonizmem i snobizmem oraz kultu ikon designu i wielkich designerów. W tym kontekście pojawia się w książce m.in. szkic dotyczący słynnej wyciskarki do cytrusów Philippe’a Starcka, przez wielu odbiorców traktowanej nie w kategoriach funkcjonalnego akcesorium kuchennego o pięknej formie, lecz przedmiotu pożądania i jednego z wyznaczników statusu społecznego. Awangarda stałą się podstawą mieszczańskiego dobrego gustu – konstatuje Marcin Wicha.

Autor „Jak przestałem kochać design” zwraca też uwagę na obszary antydesignu – obiekty i przestrzenie stworzone bez refleksji nad użytecznością. Do rangi symboli urastają tu: pocztowy kwitek towarzyszący nadawaniu listu poleconego, który łatwo wypełnić, pod warunkiem że nosimy nazwisko Jan Byk i mamy wzrok jak pilot F-16 z bazy w Krzesinach, formularz PIT z szaro-szarymi polami i mętnym opisem, którego przekaz brzmi: znajdź księgowego, który to wypełni, albo też karta do głosowania w wyborach samorządowych – obszerna książeczka skonstruowana tak, że za liczbę głosów nieważnych nie sposób obwiniać wyłącznie wtórnego analfabetyzmu wyborców.

Design między awangardą a nowym drobnomieszczaństwem

Inny aspekt tego samego problemu to sposób myślenia wielu inwestorów, urzędników odpowiedzialnych za zamówienia publiczne, a nawet zwykłych obywateli, dla których najwyższą wartością jest specyficznie (czyt. drobnomieszczańsko albo neodrobnomieszczańsko) pojęta ładność. To dlatego bloki mieszkalne jak Polska długa i szeroka poddaje się termomodernizacji w duchu pastelozy, a jeśli potem grodzi płotem, to koniecznie takim z fabryki „kowalstwa artystycznego”, giętym w esy-floresy, łącząc styropianowy modernizm z upiornym wydaniem stylu retro. Z tego samego wbrew pozorom powodu źródła międzynarodowych sukcesów tramwajów bydgoskiej PESA wielu upatruje wyłącznie w ich wyglądzie.

Zupełnie na marginesie rozważań o pierwotnym i współczesnym spojrzeniu na sens i cel designu pojawia się w książce Marcina Wichy wątek historyczny, jednak wciąż mogący służyć za inspirację do refleksji. Autor cytuje bowiem słowa Marii Morozowicz-Szczepkowskiej, która w epoce światowych triumfów polskiego art deco pisała: (...) zniszczyliśmy niesławiące nas znamiona niewoli, cerkwie, obeliski, pomniki carów i kajzerów – z wnętrz naszych domów wydalić też musimy bezapelacyjnie wiedeńskie secesje, plusze, dywany berlińskie, tandety wszelkiego rodzaju i pochodzenia (...) [P]rzecież posiadamy nasz własny język: polską sztukę zdobniczą. Po stu latach na wiedeńskie secesje patrzymy przez pryzmat sentymentów galicyjskich, a wszelkie „poniemieckie” meble 70 lat po zakończeniu ostatniej wojny stały się już chyba całkiem nasze własne. Wciąż jednak warto kierować baczną uwagę ku polskim projektantom – nie tylko ku zagranicznym – a także ku dziełom polskiego designu i nie tylko w stylu folk czy ludowym szukać stylu polskiego we wnętrzarstwie.