Decyzję o kupnie starego domostwa Jola Jasińska podjęła błyskawicznie, bez konsultacji z mężem. – I przypłaciłam ją rozwodem – opowiada. – Mąż początkowo regularnie przyjeżdżał tu ze mną z naszego Krakowa, pomagał remontować i „ogarniać” wiejską rzeczywistość, ale nigdy nie chciał tu być. Nie rozumiał też, co się stało, że ja, stuprocentowa kobieta z miasta biegająca na szpilkach, nadążająca za modą i skoncentrowana na swoim wyglądzie, zapragnęłam zaszyć się na wsi zabitej deskami. Cóż, gdy przypadkiem zobaczyłam ten dom,  poczułam, że to moje miejsce na ziemi.

Remont nieustający

Jola mieszka tu od 2000 roku i cały czas, jak sama to nazywa, ratuje dom. Początkowo bywała tu z nastoletnią wtedy córką Mariką i partnerem Tomaszem tylko w weekendy. – Decyzja o przeprowadzce na stałe zapadła nagle, jakbym po prostu musiała się wynieść z Krakowa – wspomina Jola. – Pojawiły się kłopoty ze zbuntowaną nastolatką i uznałam, że życie na wsi pozwoli nam na nowo zbliżyć się do siebie i zawrzeć rozejm. Rzuciłam Kraków i tak rozpoczął się zupełnie nowy etap w naszym życiu. Dom wymagał kompleksowego remontu. Dzisiaj cieszę się, że nie było pieniędzy na wyszykowanie go od razu na tip-top, bo popełniłabym wiele błędów, robiąc wszystko „na wysoki połysk”. Z czasem zaczęłam doceniać urok starego drewna, łuszczącej się farby, ścian bielonych wapnem…

Miniagroturystyka

W Jolinkowie agroturystyka jest nie tylko z nazwy. – Nie chciałam, by na gości czekały luksusowe pokoje i posiłki podawane na tacy – śmieje się. – Marzyło mi się, by uczestniczyli w obowiązkach, mogli nauczyć się czegoś lub przypomnieć sobie lato u babci, a ich dzieci – mogły mieć kontakt ze zwierzętami. Udało mi się to osiągnąć. Niektórzy tu wracają, stali się przyjaciółmi. Choć mam zamówienia na miesiące do przodu, nie zamierzam budować drugiego domu i rozszerzać działalności. To byłaby korporacja, a ja nie chcę harować w stresie i na kredyt, chcę pracować i żyć wolna!