Nie mieli specjalnych powodów do narzekań. Tylko te dojazdy do pracy... Któregoś dnia, stojąc w korku w Warszawie, policzyli, że na bezproduktywnym siedzeniu w samochodzie tracą aż dwie godziny dziennie. To kilkaset godzin rocznie, a w końcowym rozrachunku – kilka lat życia. Nie mogli się z tym pogodzić. Zaczęli szukać odskoczni.

Ziarenko do ziarenka

Myśli Ani naturalnie podążały w kierunku rodzinnego Dolnego Śląska. Działka znalazła ją sama, gdy w czasie wiosennego pleneru malarskiego ze studentami rozglądała się za ciekawą scenerią. Najpierw zapytała leśniczego, czy mogą tu rozstawić sztalugi. Zaraz potem, czy teren jest na sprzedaż. W pierwotnych założeniach miał to być dom sezonowy. Gdy położono dach, Ania wraz ze swoją mamą zaczęły przeczesywać okoliczne wioski w poszukiwaniu staroci – w tajemnicy przed sceptycznymi tatą i mężem. Wszystko, co upolowały, chowały na tyłach w garażu. – Czerpałyśmy ogromną radość z tych podchodów – opowiada z uśmiechem gospodyni. – Głównym naszym założeniem było kupowanie tylko tego, co nas zachwyci. W słoneczne letnie dni, gdy panów nie było w pobliżu, wynosiłyśmy łupy z garażu i doprowadzałyśmy je do ładu, piorąc tapicerki i szorując drewno – dodaje. Gdy zbliżało się pierwsze Boże Narodzenie, jeszcze nie wszystko było gotowe. Brakowało kuchni, podłogi pokrywał goły beton. Mimo to Ania zdecydowała się wstawić meble do domu, a na ścianach powiesić obrazy. W kącie pojawiło się ogromne świąteczne drzewko.

Sprawa przesądzona

Wówczas wspólnie z Markiem zdecydowali, że przeniosą się tu na stałe. – Całe moje życie zawodowe związane było z planowaniem i ścisłym projektowaniem. Dla odmiany wszystko, co składa się na nasz dom, jest wynikiem spontanicznych decyzji – opowiada. – Zmieniają się meble, tłuką talerze i kubki, tak jak zmieniamy się my sami.