Nikomu, kto patrzy na to mieszkanie w jednej z łódzkich kamienic i przynależny mu mały, zadbany ogródek, nie przyszłoby do głowy, że o kupnie tego miejsca zadecydowało… chore kolano Iwony, przyszłej gospodyni! Wraz z mężem Jarosławem oraz córką Aleksandrą i synem Michałem zajmowalilokal na czwartym piętrze w bloku i byli zadowoleni z życia. Nagle odezwała się dawna kontuzja, której Iwona nabawiła się, trenując wyczynowo siatkówkę. Mimo leczenia chodzenie po schodach stało się udręką i nie zanosiło się na poprawę. – Nie ma wyjścia! Musimy zamieszkać na parterze lub najwyżej na pierwszym piętrze! – postanowili.

Przeprowadzka do Bronksu

Iwona natknęła się w internecie na ciekawą ofertę. Do sprzedania było około stumetrowe mieszkanie na pierwszej kondygnacji w starej kamienicy. – Na oględziny poszłam sama – wspomina Iwona. – Mieszkanie było nietypowe, składało się z trzech mniejszych, które należało połączyć. Ogrom pracy, jaką należałoby w nie włożyć, przeraził mnie, zaprawioną w remontach, bo wszystko w domu zawsze robiliśmy sami z mężem. Ale to?! Okna do wymiany, brak instalacji (doprowadzona była tylko woda), brak podłogi na połowie powierzchni, a ta istniejąca reszta pomalowana jakimś paskudztwem, ściany grubo pokryte farbą olejną… Szłam do domu z przeświadczeniem, że nie udźwigniemy tego organizacyjnie ani finansowo. Powoli jednak wyobraźnia podpowiadała mi, jak podzielić przestrzeń, jak wykończyć, co i gdzie postawić… Wróciłam tam z mężem i przyjaciółmi. Jarek stwierdził, że to nie mieszkanie, tylko rozpacz, ale ja już nie myślałam rozsądnie, więc zaczęłam go namawiać. Na szczęście przyjaciele mnie poparli, mówiąc, że zamienimy to w perełkę. Nawet stwierdzenie naszej Oli, że jest jak w Bronksie i chyba zwariowaliśmy, skoro chcemy się tutaj przenieść, nie odwiodło nas od kupna „rezydencji”.

Test przyjaźni

Sprzedaż dotychczasowego lokum, wzięcie kredytu, kupno „nowego” trwało trzy miesiące. Potem zaczął się remont… – Pomagali nam przyjaciele, rodzice i od czasu do czasu fachowcy – opowiada Iwona. – Okazało się jednak, że nie zdążymy z nim przed terminem opuszczenia starego mieszkania. I tu znów pomogli przyjaciele. Przez trzy miesiące gościli nas na małym metrażu, ale o dziwo, nie pozabijaliśmy się! Nadal się przyjaźnimy. Wreszcie nadszedł upragniony moment. Wprowadziliśmy się. Dziś twierdzę, że dobrze zrobiliśmy, kupując to mieszkanie. Nie było łatwo, ale oprócz tego, że jest nam tu cudownie, zrobiliśmy niezłą inwestycję. Teraz jest warte o wiele więcej niż przed remontem, a my bogatsi, także o bezcenne doświadczenia. (śmiech)