Marta przeprowadziła się do Poznania ze Szczecina, by studiować tutaj historię sztuki. Gdy pod koniec studiów wizja powrotu do rodzinnego miasta stała się realna, uzmysłowiła sobie, że jednak nie chce stąd wyjeżdżać. I zupełnym przypadkiem, podczas niedzielnego spaceru po Starym Mieście, trafiła na ogłoszenie sprzedaży mieszkania położonego w jednej z zabytkowych poznańskich kamienic. Lokal był zrujnowany, lecz Marta dostrzegła jego potencjał i szybko zdecydowała się na zakup. Dziś nie ukrywa, że potrzeba było do tego nie lada wyobraźni. Remont trwał dobre pół roku, choć zdaniem gospodyni raczej wypadałoby tu mówić o najprawdziwszej budowie.

Ogrom pracy

Przesuwano otwory drzwiowe, zdjęto zniszczone deski, a spod podłogi wywieziono półtora metra gruzu, by na nowo zasypać stropy piwniczne czystym piaskiem. Marta osobiście nadzorowała działania ekipy remontowej i przyznaje, że było to dla niej prawdziwym wyzwaniem. Na szczęście od razu po zakończeniu ciężkich prac mogła się wprowadzić i poświęcić najprzyjemniejszej części projektu, czyli urządzeniu wnętrza. Marta ma dwie miłości – polski modernizm (szczególnie zaś wzornictwo) oraz podróże, najlepiej morskie. Nic dziwnego, że te dwie pasje nadały główny ton jej projektowi. Przy tak jasnych założeniach koncepcja wnętrza powstała w jedną noc.

Morskie klimaty i vintage

Większość wyposażenia stanowią oryginalne meble z lat 50. i 60. XX wieku, które pani domu zaczęła gromadzić jeszcze przed przeprowadzką. Sporo tu też morskich i podróżniczych akcentów, takich jak ręcznie skonstruowany przez tatę Marty żaglowiec, wiszące na ścianach mapy czy przewijający się przez całe wnętrze błękit przywodzący na myśl kolor morskiej wody. To spójne i konsekwentne wnętrze, w którym żaden przedmiot nie znalazł się przez przypadek.