Sfatygowany masywny stół od razu przykuł uwagę Eli. Wypatrzyła go u koleżanki, zanim jeszcze na dobre zaczęła myśleć o urządzaniu swojego nowego mieszkania. Ujęło ją użyte do produkcji drewno – wypłukane i wyrzucone na brzeg przez morskie fale, pełne ubytków i niedoskonałości. Upewniwszy się, że koleżanka nie ma nic przeciwko, zamówiła dla siebie podobny. Dobrze przypuszczała, że to wokół niego będzie się toczyło życie domowników.

Skomplikowana układanka

Różne źródła podają sprzeczne informacje. Jedne mówią, że budynek, w którym przed laty funkcjonowała sopocka mydlarnia, został wzniesiony pod koniec XIX wieku. Drugie z kolei wskazują na początek wieku XX. Niemniej jednak oznacza to, że mieszkanie Eli ma ponadstuletnią historię. Gdy nabyła je pięć lat temu, stanowiło kompletną ruinę. Z oryginalnych ścian pozostały tylko dwie (nośne). Szerokie dębowe deski podłogowe nie przetrwały próby czasu i zostały usunięte. Konieczna była także wymiana stropów, a nawet wykucie dodatkowego okna. Stolarka została odnowiona zgodnie ze wskazówkami konserwatora zabytków. Pojawiły się gustowne materiały i elegancka sztukateria. Wnętrze zaczęło nabierać szlachetnych rysów, godnych dostojnej kamienicy w dawnym kurorcie.

Serce domu

Gdy rozpoczynali współpracę, architekt przyznał, że jeszcze nigdy nie projektował wnętrza „pod stół”. A ten – szeroki na metr i długi na ponad dwa – dyktował warunki. To dla niego powstała otwarta przestrzeń dzienna i to on gra tu pierwsze skrzypce – widoczny już od progu wita domowników i gości, zapraszając do wspólnych rozmów i posiłków.