Trzynaście lat mieszkali w stolicy. Tu pracowali, pojawiały się dzieci, ale… cały czas brakowało im trawy pod stopami, kwiatów za oknem i śpiewu ptaków.

Było warto

Nagle w mieszkaniu zrobiło się nam za ciasno – wspomina Ewa. – Oboje mamy swoje zawody (mój jest związany z botaniką, zwierzętami i ekologią, a Jarka – z budownictwem), ale
tworzymy też wykwalifikowaną rodzinę zastępczą. Nasza rodzina to: 18-letnia Alicja, 15-letnia Julia, 14-letnia Malika i 12-letni syn Franek oraz pies Abi, kotka Mela, rybka i królik Tytus, no i oczywiście tata i mama – dodaje ze śmiechem. – Nic więc dziwnego, że w blokowym mieszkaniu (niezbyt dużym) było nam za ciasno. Miejsca na własny dom szukaliśmy rok. I wreszcie nastąpił ten dzień, kiedy przemierzając kolejne wsie, stanęliśmy na oświetlonej słońcem przepięknej polanie, za którą była ściana lasu. Nie minął miesiąc i duża część tej polany była nasza. Trudno dziś stwierdzić, kto cieszył się bardziej – dzieci czy my. Ruszyła budowa. Ten czas wspominamy z rozrzewnieniem, mimo trudów, nieprzespanych nocy, kłopotów z fachowcami itp. Na szczęście uniknęliśmy wpadek po drodze, bo związany z branżą budowlaną Jarek czuwał nad wszystkim. Z czystym sumieniem stwierdzam, że było warto się trudzić, bo dom wyszedł cudowny i wspaniale się nam w nim żyje.

Misja – urządzanie

Ewa od początku wiedziała, jak ma wyglądać ich dom, a Jarek zdał się na jej gust i mogła do woli eksperymentować. Aby wszystko było na tip-top, na etapie wykończenia zdecydowali się na firmę projektującą wnętrza. – Kiedy jednak nie udało się wypracować konsensusu, rozstaliśmy się z nią i sami, jak nam w sercach i kurpiowskich duszach grało, zrealizowaliśmy swoje marzenia – mówi Ewa. – Dzięki temu czujemy, że to NASZ dom, idealny dla NASZEJ rodziny. Dwa lata od kupna działki wprowadziliśmy się do wnętrz pachnących drewnem i farbą.