Od zawsze marzył się nam dom z wielkim ogrodem, w którym moglibyśmy spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, urządzać przyjęcia – mówi Agnieszka. Po ośmiu latach mieszkania w centrum miasta zaczęli więc myśleć o domku weekendowym z dala od zgiełku. Kilka miesięcy zajęło im wyszukanie wymarzonego miejsca w małej wsi pod Tarnowem. Znaleźli drewniany dom niemal w ruinie, ze stodołą, budynkiem gospodarczym, a wszystko na 27 arach pod lasem, no i… zakochali się w nim!

Kury wpuścić…

Po wstępnym uporządkowaniu działki dostrzegli kolejne atuty tego miejsca. – Zaczęliśmy myśleć o zmianie stylu życia, marzyć, aby zwolnić, przenieść się
na wieś – wspomina. – Rodzina i znajomi śmiali się z nas, ponieważ dom był w totalnej rozsypce. Jestem jednak uparta i realizuję wyznaczone sobie cele. Zaczęliśmy remont i nie było odwrotu. Wtedy pojawił się były gospodarz i widząc, jak rozbieramy dom na kawałki, zawołał: „A po co to tak rujnować?! Wystarczyło elektryczność założyć, kury wpuścić i można było mieszkać!”. My jednak mieliśmy inne zdanie na temat wystroju wnętrz. (śmiech)

Pierwsza gwiazdka

Wynajęcie ekipy remontowej okazało się zbyt kosztowne, więc nowi właściciele sami zabrali się do pracy. Przy dużej pomocy rodziny dokonali cudu!
– Klepiska stały się podłogami, odsłoniliśmy piękne drewniane bale (czyściliśmy je i impregnowaliśmy), te zbutwiałe zastąpiliśmy cegłami rozbiórkowymi (także czyszczonymi i zabezpieczanymi), podnieśliśmy dach, dobudowaliśmy pięterko – wspominają. – Po dziewięciu miesiącach wręcz morderczej pracy wprowadziliśmy się tu właśnie na Boże Narodzenie. To były dla nas wielkie przeżycie i radość.