Gdy na świat przyszedł synek Marzeny i Piotra, Kajetan, ich mieszkanie okazało się za małe. Szybko zaczęli się rozglądać za większym lokum. Mieli ogromne szczęście, bo do gustu przypadła im jedna z pierwszych ofert, na którą trafili. Nowe mieszkanie miało wszystko – idealną lokalizację na warszawskim Żoliborzu, odpowiedni metraż i na dodatek jeszcze kawałek ogródka. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nie odstraszyła ich ani wizja przeprowadzki z niemowlakiem, ani potrzeba wykonania generalnego remontu. Tym bardziej, że od początku mogli liczyć na duże wsparcie rodziny – tata Marzeny, który całe życie zajmował się remontami i stolarstwem, oczywiście natychmiast zaoferował swoją pomoc.

Bez fuszerki

Zdecydowali, że nie ma co rozmieniać się na drobne i trzeba wymienić wszystko poza oknami i drzwiami wejściowymi. – Tylko w ten sposób mogliśmy uzyskać przestronną i harmonijną przestrzeń, o jakiej zawsze marzyliśmy – wspomina Marzena. Powoli, po pracy i w chwilach, gdy Kajtek smacznie spał, skuwali kafle, kładli panele i malowali ściany. Z czasem zaczęły pojawiać się pierwsze sprzęty – szara sofa w salonie czy stół z drewnianym blatem w kuchni. A czego nie mogli znaleźć w sklepach, to zrobili sami. Pedantyczne natury Marzeny i jej taty nie pozwoliły na żadną prowizorkę. Całe mieszkanie zostało urządzone z najwyższą dbałością o wykończenia i detale. Trudno więc się dziwić, że przy takim zaangażowaniu remont trwał grubo ponad rok.