Dom pierwotnie należał do rodziny Jarosława. Kupiony pod koniec lat 70. XX wieku wyglądał jednak zupełnie inaczej. – Tu, gdzie dziś jest nasz salon, były garaże, które przebudowano, by stworzyć duże pomieszczenie. Za nim znajdowały się jeszcze dwa niewielkie pokoiki – w jednym z nich mój mąż trzymał swojego ukochanego… konia! Nikogo to specjalnie nie dziwiło, bo był ogromnym pasjonatem jeździectwa – mówi Alicja. – Jednak kiedy postanowiliśmy założyć rodzinę, przyszedł czas na rozbudowę naszego lokum.

We dwoje

Mimo że oboje skończyliśmy prawo, sami podjęliśmy się zaprojektowania domu. Rysowaliśmy, kombinowaliśmy – opowiada Alicja. W końcu się udało. Część budynku została zburzona, a potem odbudowana w większej skali. To tam mieszczą się dzisiaj kuchnia, łazienka, domowe biuro i sypialnie. Na piętrze powstała między innymi pracownia pani domu i pokój gościnny.

Potrzeba zmian

– Urządzaniem zajęłam się już sama. Głowę miałam pełną pomysłów. Najpierw wszystko utrzymane było w stylu kolonialnym: ciemne meble, wiklina, dodatki. Po jakimś czasie jednak moja artystyczna dusza potrzebowała zmian. W ruch poszły magazyny o wnętrzach, polskie i zagraniczne blogi, na których odkryłam pokłady nowych inspiracji. Postawiłam na styl skandynawski i małymi kroczkami sama, choć z duchową pomocą męża i fachowym wsparciem brata, zaczęłam odmieniać nasz dom. Powoli realizowałam plan rozjaśnienia wnętrz. Na pierwszy ogień poszły pokoje dzieci, kuchnia, salon i sypialnia – wspomina gospodyni. – Mam jednak wrażenie, że dla mnie urządzanie domu nigdy się nie kończy, bo wciąż wpadają mi do głowy nowe pomysły – mówi ze śmiechem.