Nasza rodzina jest patchworkowa – mówi Anna Adamska-Makowska. – Mamy dzieci z pierwszych małżeństw: mąż Huberta (14 lat) i Aleksandrę (10 lat), ja 14-letnią Zuzannę. Wspólnie dochowaliśmy się 8-letniego Jana, 2,5-letniego Stanisława i 1,5-rocznej Marii. Szukaliśmy odpowiedniego lokum dla rodzinki, a moja mama szukała sublokatora do 125-metrowego dwupoziomowego mieszkania, które po śmierci taty stało się dla niej zbyt duże i kosztowne w utrzymaniu. Wniosek nasunął się sam… Zamieszkaliśmy razem – koszta wzięliśmy na siebie, w zamian dostaliśmy wolną rękę w urządzeniu całości!

Do góry nogami

Pierwotnie na parterze znajdowały się przejściowy salonik, dodatkowy pokój i hol, na piętrze zaś – przestrzeń pełniąca funkcję dzienną, oprócz tego były tu sypialnia i łazienka. Nowi lokatorzy życie rodzinne i swoją sypialnię przenieśli na dół. Na górze wylądowały pokoje babci i dzieci. – Remont to było wyzwanie – opowiada Ania. – Nie dość, że przekuwanie lub robienie nowych pionów wodno-kanalizacyjnych oraz wyburzanie i stawianie ścian jest kosztowne i do przyjemności nie należy, to na dodatek ja byłam w 9. miesiącu ciąży z Marysią! Myślę, że dziwnie musiałam wyglądać: taki „olinek-okrąglinek” ważący ponad 100 kilogramów, w chirurgicznej maseczce i z wałkiem do malowania w ręce – jeszcze dzień przed porodem malowałam podłogi w nowym salonie!

To nie koniec!

Mimo starań Krzysztofa Ania wróciła z noworodkiem przed końcem prac.  Jeszcze trzy miesiące żyli z materacem na podłodze i wśród kuchennych szafek w salonie. – Trud i niewygody opłacały się – wspomina gospodyni. – Mamy wygodny dom, odpowiadający naszym potrzebom. Do niedawna myśleliśmy, że to nasze miejsce na ziemi, ale los chciał inaczej: po śmierci babci mama przenosi się do jej kawalerki, a my – do… nowego mieszkania! I wszystko zacznie się od początku – kończy ze śmiechem. – A po remoncie zapraszam na kolejną sesję!