Edyta i Darek uwielbiają Warszawę, ale na co dzień tęsknią za ukochanym morzem. Symbol kotwicy, który towarzyszy im od początku znajomości, stał się ich emblematem weselnym, a z czasem awansował do pozycji rodzinnego ekslibrisu. Ślub brali na barce zakotwiczonej na Wiśle, a sama uroczystość miała marynistyczną oprawę. Bukiet białych peonii, ukochanych kwiatów panny młodej, sprowadzono z Holandii, a ozdabiająca go biało-granatowa wstążka przybyła zza oceanu. Każdy, kto zna Edytę, wie, że ma ona bzika na punkcie marynarskich motywów. Nawet połowę ubrań ma w paski. A drugą połowę – w kotwice.

Czerwone dachy

W Międzylesiu zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Urzekły nas kameralna atmosfera, bliskość lasów oraz Barek na Dakowie, lokalna knajpka, w której czujemy się jak na Mazurach – opowiadają z uśmiechem właściciele. Edyta wypatrzyła to mieszkanie w drodze do swojego ulubionego wnętrzarskiego sklepiku. Gdy po raz pierwszy wspólnie z Darkiem je oglądali, zachwyciły ich słońce oraz widok z okna. – Lokum, które zajmowaliśmy przez poprzednie cztery lata, mieściło się na poddaszu. Z jego okien było widać głównie niebo. Brakowało nam linii horyzontu poprzecinanej czubkami drzew i dachami sąsiadujących domów – tłumaczy.

Siła doświadczenia

Nie mieli wiele czasu na remont. Decyzje podejmowali szybko, kierowani intuicją. Edyta przeprowadzała się w życiu kilkanaście razy, wcześniej urządziła już cztery mieszkania, więc wiedziała, jakich błędów unikać. Konsekwentnie trzymała się ulubionego stylu oraz zasady, by niczego nie wykonywać na zamówienie. Wszystkie sprzęty w jej domu muszą mieć charakter utylitarny, by w razie potrzeby łatwo było je spakować i wysłać w kolejną podróż z domownikami.