Kiedy Anita i Robert w 2002 roku postanowili się pobrać, zaczęli szukać mieszkania. Któregoś dnia weszli na pewnien strych… – Adaptacja była w toku i nie wszystko nam się podobało, ale to nie miało znaczenia – wspomina Anita. – Byliśmy zachwyceni samym poddaszem, lokalizacją, widokiem z okien. Kupiliśmy je natychmiast!

Festiwal przeróbek

Nowi gospodarze zbyt późno zyskali wpływ na wygląd mieszkania. Zaczęli więc sami robić poprawki. – Między innymi odsłoniliśmy drewniane elementy konstrukcji nośnej w salonie i kuchni – opowiada pani domu. – Cieszyliśmy się, że udało się to zrobić, no bo jak  – strych, skosy bez widoczynych legarów? – dodaje. Gdy przyszedł czas aranżowania wnętrz, Robert przywiózł swój „posag”, czyli stare rodzinne meble, które nie były już nikomu potrzebne. – Nie były one w najlepszym stanie, więc mój tata na ich widok złapał się za głowę i zapytał, po co nam ta sterta gratów! – śmieje się Anita. – Mąż wziął się za szlifowanie, bejcowanie, lakierowanie… Cudownie było patrzeć, jak odzyskują blask i urodę. Zachęceni, zaczęliśmy kupować „graty” i je przerabiać. Większość wyposażenia to właśnie efekt tego procesu.

Zmiana koncepcji

Początkowo poddasze urządzono  w stylu rustykalnym. Z czasem jednak, pod wpływem wnętrzarskich czasopism i blogów, Anita i Robert ulegli fascynacji stylami gustawiańskim i prowansalskim, oczarowały ich meble „ludwiki”. – Sami nie wiedzieliśmy, co jest ładniejsze – mówią zgodnie. – Złapałam za pędzel i tak zagościły u nas biele i szarości. Po drodze odkryłam mnóstwo pasji: decoupage, szycie i „stolarstwo” (razem z siostrą zrobiłyśmy do luster ramy z surowych desek, listewek i ornamentów, które sama produkuję). Chciałabym nauczyć się robić na drutach i lepiej szyć. Teraz spod igły wychodzą torby, poduszki, maskotki, ale moją ambicją jest szycie ubrań. Będę się szkolić, by mój dom piękniał. Poza tym uważam, że wiara w Boga i pasje są najlepszym lekiem na chandrę i depresję!