Dziesięć lat temu, zaraz po ślubie, Joanna i Adam zamieszkali w domu jej rodziców. Kiedy na świecie pojawił się Wiktor, postanowili zaadaptować poddasze. Do dyspozycji były trzy pokoje (każdy ok. 20 metrów kwadratowych). Od podstaw trzeba było urządzić kuchnię (miała zostać połączona z salonem), co wiązało się z przeróbką instalacji elektrycznej i wodno-kanalizacyjnej na dawnym strychu. – Musieliśmy też jakoś rozmieścić już posiadane meble – wspomina pani domu. – Skosy, które zawsze mnie urzekały, w pewnym stopniu utrudniły mi zadanie. Ponieważ pomieszczenia te były już wcześniej wykończone (część drewnianych podłóg kładłam sama klepka po klepce, kiedy powstawał dom), zaczęłam od zmiany kolorów ścian i ich wystroju.

Malowanie poddasza

Wybór padł na pastelowe zielenie, błękity i fiolety. – Nie byłam do końca przekonana, czy to dobry pomysł, ale ponieważ malowanie i tapetowanie nie mają dla mnie tajemnic, postanowiłam zaryzykować, najwyżej zrobiłabym to jeszcze raz – śmieje się Joasia. Pozostało sprytnie zagospodarować liczne skosy. Na przykład w kuchni, zamiast szafek wiszących pojawiła się podwieszana witryna. Dzięki różnym sztuczkom aranżacyjnym Joannie udało się pogodzić funkcjonalność i estetykę. Pozostało jednak kilka rzeczy w sferze marzeń. – Niestety, z powodu braku odpowiedniej instalacji nie możemy cieszyć się kominkiem – wzdycha gospodyni. – Zadowoliliśmy się elektrycznym, który tworzy wspaniały nastrój, szczególnie w zimowe wieczory. Minusem mieszkania na niskim poddaszu z podwieszanymi sufitami jest też brak możliwości zamontowania moich ulubionych kryształowych żyrandoli. Cieszę się jednak tym, co mam. Staram się ciągle coś zmieniać, doskonalić. Szycie, wyszukiwanie mebli, odnawianie ich daje mi ogromną radość. To dla mnie dużo większa przyjemność niż kupno czegoś gotowego. Pod ręką zawsze mam pędzle i farby. Mąż czasem żartuje, że o wiele lepszym prezentem dla mnie jest zestaw dobrych narzędzi niż romantyczny bukiet kwiatów.