Działka, na której stanął dom Marty i Michała, nie była jedyną przez nich oglądaną. Wybór miejsca był trudny. Decyzję przyspieszył sprytny sprzedający, pukając nagle do drzwi ich mieszkania w bloku i mówiąc, że muszą się zdeklarować, bo ma kupca na tę ziemię. – Michał, który zawsze marzył o wyprowadzce na wieś i cierpliwie szukał „działki idealnej”, tym razem zadziałał błyskawicznie – wspomina Marta. – Nocą zaplanował lokalizację domku na posesji, a rankiem umówił notariusza. I tym sposobem staliśmy się nieoczekiwanie właścicielami olbrzymiej góry błota położonej przy pięknym lesie i wielkim polu kukurydzy…

Pańskie oko konia tuczy

Dom miał mieć dużą kuchnię z wyjściem do ogrodu, garderobę dla pani domu, identyczne pokoje dla dzieci (by nie było kłótni) i kilka pomieszczeń technicznych „do przechowywania męskich różności”. Nic dziwnego, że wybór projektu, a potem jego dostosowywanie do potrzeb zajęło wiele tygodni. – Budowa przebiegała ze zmiennym szczęściem – mówi Marta. – Stolarz okazał się mistrzem fachu (mimo że na początku moje prośby traktował jak egzotyczne ciekawostki), ale np. elektryka chciałam udusić gołymi rękami… Pilnowaliśmy jednak wszystkiego i dziś możemy się cieszyć funkcjonalnymi i efektownymi pomieszczeniami.

Strefy wpływów

Przyszedł czas aranżowania wnętrz. Marta szukała inspiracji w magazynach wnętrzarskich, ale w większości natykała się na nowoczesne propozycje. – Nie było w nich duszy – opowiada. – Gdy trafiłam na TO zdjęcie, wiedziałam, że to jest to! Pozostało mi dogadać się z Michałem, bo jego wizja domu była kompletnie inna. Po kilku próbach osiągnięcia „meblowo-dekoratorskiego” kompromisu i paru nieudanych zakupach – ratując od zagłady zgodne skądinąd małżeństwo – podzieliliśmy strefy wpływów: ja wzięłam dom, on ogród – zachowując jedynie niezobowiązujący głos doradczy. To był dobry pomysł – bez kłótni udało się zaaranżować i dom, i ogród. Dziś jesteśmy zadowoleni z efektów naszej pracy.