Anna i Łukasz poznali się podczas studiów, pracując w jednej firmie. Wówczas byli w związkach z kimś innym. – To nie była miłość od pierwszego wejrzenia – mówią zgodnie. – Zaczęło się od przyjaźni, wielogodzinnych rozmów… W końcu wzięliśmy ślub w drewnianym kościółku przy stadninie koni…

Razem do celu

Oboje marzyli o domu. Wybrali ten ze względu na lokalizację w spokojnym miejscu oraz dobrą korelację powierzchni, rozkładu wnętrz i ceny. Wprowadzili się do domu w stanie deweloperskim. – Nie obyło się bez przeróbek – mówi Ania. – Zmieniliśmy schody prowadzące z parteru na piętro i poddasze, bo nie dość, że były strome, to jeszcze przecinały doświetlające luksfery (które, notabene, zachwyciły mnie podczas wstępnego oglądania domu i przesądziły o jego kupnie). Ostatecznie zamówiliśmy u stolarza dębowe schody podwieszane. Zażądaliśmy także przeróbki okna w kuchni, bo… według projektanta miało być tylko uchylne z klamką tuż przy górnej krawędzi! Rurę od pieca gazowego, która biegła wzdłuż sufitu w łazience, ukryliśmy w suficie podwieszanym. Gdy już wszystko było gotowe, zostało to, co najprzyjemniejsze – wybieranie farb, płytek, mebli i dodatków.

Czas na deser

Wszystko sama aranżowałam – opowiada Ania. – Inspiracją były wnętrzarskie pisma, blogi i profile instagramowe. Tak mnie wciągnęło, że przerodziło się w hobby. Nasz dom to moje eksperymentarium. Ciągle coś tu przestawiam, zmieniam. Zaczęłam studia z projektowania wnętrz. Kocham pomagać innym spełniać ich marzenia o pięknych przestrzeniach pełnych ciepła i miłości.