Budynek nad brzegiem rzeki… Jest to urocze, lecz i groźne. Gdy w 1997 r. przez Bardo przeszła powódź tysiąclecia, dom zalało po sufit! – Jeszcze wtedy nie byliśmy jego właścicielami – wyjaśnia Kasia. – Zniszczenia były ogromne, ale oglądając go wiele lat później, nie odstraszyło to nas. I mnie, i Patryka uwiodły zapomniany budynek niewidoczny od ulicy zza zieleni, duży ogród, szum rzeki… 

Od świtu do nocy

Katarzyna skrobała, szlifowała, malowała, do cięższych prac byli  fachowcy. Nowe podłogi, ogrzewanie, odnowiona stolarka drzwiowa i okienna, a tu tata Kasi odkrywa, że pod płytami gipsowo-kartonowymi na ścianach (które planowano zostawić) są gołe kable elektryczne! – Był sylwester 2007 roku, patrzyłam, jak ludzie idą na zabawę, a sama zrywałam płyty i wyrzucałam je przez okno – opowiada. – Rozpacz mnie ogarniała. W Nowy Rok weszłam do czarnego domu, bez tynków, z pajęczyną prowizorycznych kabli. Rozpaliłam w starym piecyku, napiłam się kawy i pomyślałam: no cóż, bierzemy się do roboty!

Szczęście spod płota

Kiedy dom już jako tako się prezentował, Kasia urządziła Wielkanoc dla rodziny. Gdy goście po śniadaniu się rozeszli po ogrodzie, usiadła na leżaku z kawą i postanowieniem nicnierobienia. – Nagle ktoś woła od płotu: „Hej, koleżanko!” – opowiada Katarzyna. – Zobaczyłam kolegę niewidzianego 10 lat! Zaprosiłam Arka na kawę i ciasto, oprowadziłam po moich włościach… Parę miesięcy później byliśmy już razem. Dziś żartujemy, że do mnie szczęście samo przyszło pod płot, a on znalazł je w ogrodzie. Od tego czasu działamy razem w „Domu pod brzozą”! Jego nazwa pochodzi jeszcze z czasów niemieckich. Tak też nazwałam swój blog, na którym opisuję wszelkie zmagania z naszym domem.