Z dzieciństwa pamiętam wiecznie zajęte ręce babci. Lubiłam się im przyglądać. Dzierżyła w dłoni to ołówek, to szydełko, to bajecznie kolorowe skrawki tkanin. Za dnia krzątała się w kuchni, tworząc swoje wymyślne torty i ciasteczka, a wieczorami pochylała się nad maszyną do szycia lub tamborkiem, na którym haftowała serwetki. Szczególnym sentymentem darzyła rysunek. Uzdolniona plastycznie i wrażliwa na piękno najpierw rozwinęła, a później pielęgnowała moją pasję do malowania. Kibicuje mi do dzisiaj.

Naturalna fascynacja

Od małego uczęszczałam na różne zajęcia plastyczne. W liceum szczególnie skoncentrowałam się na rysunku, marząc o Akademii Sztuk Pięknych. Gdy jednak na horyzoncie pojawiła się architektura krajobrazu, uznałam, że będzie ona stanowiła idealne połączenie mojego zamiłowania do sztuk pięknych, projektowania oraz roślin. Na studiach miałam okazję doskonalić swój artystyczny warsztat, poznałam podstawy rzeźby, nauczyłam się w szczególny sposób postrzegać i przedstawiać świat przyrody. W tym czasie poczułam też silne poszanowanie dla tego, co daje nam matka natura. Uświadomiłam sobie, że najlepiej się odnajduję w otoczeniu naturalnych przedmiotów, kolorów ziemi i roślin. W ten sposób powolutku zrodził się pomysł na tworzenie prostych botanicznych ilustracji.

W pocie czoła

Spodobało mi się to, że za pomocą kilku pociągnięć pędzla mogę zaprosić las i ogród do domu. Z czasem do liści, kwiatów i gałązek dołączyła cała plejada zwierzaków – od motyli i ptaków po sarny i niedźwiedzie. Malując jedną ilustrację za drugą, każdą wolną chwilę poświęcałam na udekorowanie nowo wybudowanego domu. Po nocach dziergałam dywaniki, przerabiałam meble i szyłam poduszki. A gdy wszystko było już gotowe, dla uczczenia tego etapu upiekłam ciasto, oczywiście według przepisu babci.