W naszym poprzednim mieszkaniu na poddaszu nie było nawet balkonu. Bardzo brakowało przestrzeni, światła, powietrza… Gdy więc mogłam już mieć taras, włożyłam całą duszę w jego urządzanie! Miejsce przeznaczone pod niego utwardziliśmy i wyłożyliśmy naturalnym piaskowcem kupionym u lokalnego kamieniarza, który pozyskuje go z własnego pola. Przestrzenie między kamieniami
wypełniliśmy mrozoodporną zaprawą. Polecam takie rozwiązanie – posadzka trzyma się już 9 lat i wystarczy ją dwa razy w sezonie umyć kärcherem.

Chcieć to móc!

Początkowo taras nie miał zadaszenia. Doszliśmy jednak do wniosku, że jest konieczne. Oczywiście chciałam, aby dach był ładny, a że taras jest od północy powinien przepuszczać światło. Przychodziło wielu fachowców, ale to, co nam proponowali, albo nam się nie podobało, albo ceny zwalały nas z nóg. W końcu sama wyszukałam w internecie dach, który zdaje się unosić w powietrzu –
to były samonośne płyty łukowe (lekkie i dla aranżacji, i dla kieszeni)! W tartaku zamówiliśmy drewno. Sama je szlifowałam i malowałam, bo mąż nie mógł wziąć urlopu. W weekend powstała konstrukcja, którą pokrylam trzykrotnie farbą Valtii Color New marki Tikkurila. Całość urządziłam w bieli i obsadziłam morzem zieleni. Lubię ten zestaw kolorów – jest naturalny, piękny i delikatny.