Powiem przekornie – nie mam jednej pasji, a może w ogóle ich nie mam? Ja po prostu taka jestem. Gdy zaświta mi w głowie jakaś myśl, mierzę się z materią, szukam rozwiązań. Nie robię kalkulacji, działam! Lubię to uczucie, gdy coś mi się udaje. Choć zdarza się, że muszę prosić o pomoc profesjonalistów – tak było z renowacją szaro-turkusowego fotela, który okazał się zbyt zniszczony. Robiąc meble od początku lub je odświeżając, wykonuję proste czynności. Szlifuję, szpachluję, maluję, łączę i… gotowe! Szyć na maszynie nauczyłam się od mamy. Ale pamiętam, że już w dzieciństwie chodziłyśmy z siostrą do osiedlowej krawcowej po ścinki materiałów. Ręcznie szyłyśmy ubranka dla Barbie, a po latach przerabiałyśmy też swoje.

Którą drogą pójść?

Jako nastolatki robiłyśmy przemeblowania w pokoju, dekorowałyśmy ściany, zmieniałyśmy ustawienie mebli. Po urodzeniu pierwszej córki zajęłam się trochę decoupage’em, ozdabiałam tą techniką skrzynki, pojemniki, a nawet szafkę. Coraz bardziej ciągnęło mnie jednak w stronę wystroju wnętrz i renowacji starych mebli. Urządzając dwa ostatnie mieszkania, zrozumiałam, że bliskie mi są prostota, styl skandynawski, naturalne materiały. Cieszy mnie, gdy uda mi się uratować jakiś mebel przed wylądowaniem na śmietniku. Jednak nie chciałabym się tym zajmować zawodowo. Gdybym
musiała zrobić trzydzieści krzeseł w ciągu roku, znienawidziłabym chyba swoją pracę. Lubię niezobowiązujące wyzwania, w zależności od potrzeby lub ochoty. To takie moje hobby…