Maluję z natury. Ozdobione szafki

Gdy Agata Sypniewska urodziła drugie dziecko, utknęła w domowych pieleszach. Co dzień te same obowiązki matki i żony, a poza tym cisza, spokój. Pewnego dnia znalazła w garderobie starą szafkę nocną. Pomalowała ją dla syna w peruwiańskie wzory. Wkrótce cały dom zamienił się w pracownię artystyczną.

Maluję z natury
Maluję z natury. Ozdobione szafki
Maluję z natury. Ozdobione szafki
Maluję z natury. Ozdobione szafki
Maluję z natury. Ozdobione szafki

W dorosłość wchodziłam utartym szlakiem. Po maturze studia, potem praca, pierwszy awans, wreszcie małżeństwo. Skończyłam studium stenotypii i języków obcych. LOT w Warszawie zaoferował mi pracę. Wszystko dobrze się układało, wkrótce wysłano mnie na placówkę do Bratysławy. Po ślubie kupiliśmy dom w Sulejówku. Gdy urodziłam Jaśka, nie wróciłam już do biura. Po dwóch latach dołączyła do nas mała Malwinka. Wyglądało na to, że już na zawsze zostanę gospodynią domową, kobietą „przy mężu”, ale monotonia takiego życia zaczęła mnie męczyć... Pomalowanie szafki dla syna to był impuls, odkryłam w sobie pasję.

Nowy zawód

Uzmysłowiłam sobie, że artystyczne zdolności mam w genach. Moja mama, choć nie jest plastykiem, była w domu utalentowaną „złotą rączką”. I ja zaczęłam uzdatniać, co tylko wpadało mi w rękę – pudełka, ramki, koszyki. Na początku trzema pędzlami i zaopatrzona tylko w parę tubek farb. Moje hobby zaczęłam traktować poważnie, gdy przyjaciele powtarzali, że to, co robię, jest naprawdę dobre. W pobliskiej galerii staroci zostawiłam informację, że odświeżam wysłużone meble, rysuję, maluję... Najpierw dla pewnej tłumaczki wymalowałam łoże w ślimaki – wyszło świetnie. Potem zgłosiła się do mnie pani, której brakowało „klimatu” w jej zbyt obszernym domu. Nie byłam pewna, czy zdołam go wyczarować – zaryzykowałam. Na ścianie wielkiej łazienki powstały moje pierwsze freski – z muszlami, a w niszach przedpokoju – nastrojowe pejzaże. Zrobiło się pięknie, więc gratulowałam sobie odwagi. Z zajęcia dla rozrywki, wyszedł nowy zawód.

Z czasem coraz więcej osób prosiło mnie o usługi. Napływały do mnie komody, krzesła i szafy. Wymalowane, rozstawiałam do wyschnięcia po pokojach. Tub z farbami zebrało się już tyle, że upycham je w kartonowych pudłach i marzę, by przenieść do własnej pracowni. Na razie mam ją w całym domu i z moim warsztatem przemieszczam się z miejsca na miejsce. Gdy w drugim skrzydle urządzę atelier z prawdziwego zdarzenia, zacznę w końcu wychodzić do pracy. Nieważne, że w kapciach.

Ulubione motywy

Moje ulubione motywy to liście, gałązki, owoce, zioła. Maluję na frontach szafek zielniki. Wzory czerpię z książek mojego męża, który studiował ogrodnictwo. Na początku wychodziły nieporadne, a teraz... Głowę mam pełną łacińskich nazw, bo z książek czerpałam też nazwy roślin. Przed naniesieniem wzorów patynuję meble przecierką. Wnoszą do domu odrobinę prowansalskiego klimatu, który tak bardzo lubię.

Moja metoda

Stary mebel należy oszlifować „do żywego” z farb i politury. Ubytki trzeba zaszpachlować. No i oczywiście wytruć „robala”, aby meble nie zaczęły się sypać. Dobrze jest zdezynfekować je spirytusem. Potem wystarczy pomalować akrylowymi farbami, a jak wyschną, wypolerować. Można je pokryć wodnym lakierem akrylowym albo, co najbardziej lubię, wywoskować. Cudownie pachną. Zasłony i obrusy szyję na elektronicznej maszynie Brother (kosztowała 3 tys. zł, ale warto było zainwestować).

 

Ocena: 0
Tekst: Emilia Szostak-Dalmaz Zdjęcia: Marcin Czechowicz

POLECANE ARTYKUŁY