Szeroko rozumiana sztuka oraz rękodzieło były mi  zawsze bliskie. Do dziś z zaciekawieniem przyglądam się pracom różnych artystów, poszukując unikatowych, wręcz niszowych technik. Kilka lat temu trafiłam na prace współczesnych amerykańskich hafciarek. Były absolutnie wyjątkowe i zupełnie odbiegały od mojego dotychczasowego wyobrażenia haftu. Dzięki nim przestał mi się on kojarzyć z obrusami i pościelą, bo one, zamiast ozdabiać śnieżnobiałe serwety, przy pomocy igły i nici malowały obrazy. Tak mnie to urzekło, że od razu kupiłam swój pierwszy tamborek i bez przygotowania spróbowałam swoich sił.  

Co mi w duszy gra

Wiedziałam, że na pewno nie chcę wyszywać kwiatów ani używać jasnych tkanin jako tła. Bardziej ciągnęło mnie do ciemnych, nasyconych barw i surowej dzikiej przyrody. I tak, właściwie podświadomie, wybrałam swój własny styl, który pozwala odróżnić moje prace od innych – górskie, leśne i nadmorskie pejzaże, pełne granatu oraz butelkowej zieleni.

Drugie życie haftu

Podstaw wyszywania nauczyłam się sama, bo w tej technice liczą się tak naprawdę intuicja, wyobraźnia oraz cierpliwość. Dopiero z czasem, gdy chciałam tworzyć bardziej skomplikowane obrazy, zaczęłam szukać porad i instrukcji. Dziś sama dzielę się swoją wiedzą z kursantkami, podróżując z warsztatami po całej Polsce. A moje prace idą krok dalej i ozdabiają ściany domów w różnych zakątkach Europy i USA. Niedawno prezentowałam je we Włoszech, w ramach targów artystycznych Abilmente. To niezwykłe wyróżnienie stanowi kolejny dowód na to, że haft wraca do łask, a jego współczesna forma ma coraz więcej zwolenników.