Szycie lalek jest dla mnie niczym medytacja. Gdy zszywam materiał drobnym ściegiem, zbieram myśli i uspokajam się. Wcześniej jednak starannie obmyślam konstrukcję i dobieram materiały. Tkanina, z której będzie uszyte ciało, nie może być zbyt blada, najlepiej, by wpadała w odcienie beżu i różu. Potem określam kolor włosów i szukam odpowiedniej peruki. Najprzyjemniejszy moment to malowanie twarzy i tworzenie dodatków – z cienkich drucików wyczarowuję bransoletki, okulary, a nawet minibukiety ślubne. Wymaga to ode mnie dużego skupienia oraz niemal chirurgicznej precyzji, ale za to właśnie cenię sobie rękodzieło. Z kolei bombki i choinki powstają szybko. Wystarczy, że sięgam ręką do szuflady, wybieram garść kolorowych skrawków i już wiem, jak moja praca będzie wyglądać.

Oczy szeroko otwarte

W poszukiwaniu tkanin zwykle wybieram się do second handów. Są kopalnią skarbów! Najczęściej rozglądam się za chustami i szalami – odpruwam od nich frędzle, koraliki i kamyki. W ten sposób zdobywam oryginalne ozdoby za dosłownie parę groszy. Jeszcze do niedawna dość często trafiałam na peruki. Teraz o nie trudno, więc ostatnia moja lalka otrzymała włosy... Barbie. Materiały do produkcji znajduję dosłownie wszędzie. Pozyskałam na przykład sporą ilość miękkiego wypełnienia dzięki temu, że zdemontowałam zalegający na strychu stary fotel. Gąbkę z siedziska pocięłam na małe kawałki i mam teraz zapas na kolejne pół roku. Grunt to pomysłowość!