Przerabiam różne rzeczy, odkąd pamiętam. Jako dziecko lubiłam przesiadywać w warsztacie mojego taty. W pamięć wryło mi się każde narzędzie i ich specyficzny zapach. Lubiłam bawić się imadłem… Moje zapędy do refreszingu, fantazja i arystyczne wizje zostały na jakiś czas uśpione.

Najważniejsza odwaga

Skończyłam liceum ekonomicze, a potem takie studia, podjęłam pracę w zawodzie. Wszystko było poukładane, a rodzice – dumni. Jednak świat cyferek i bankowych zasad mnie nudził, wręcz odpychał. Czułam, że mam permanentny PMS, ciągle byłam niezadowolona i rozdrażniona. Życie płynęło dalej, urodziłam Olę i… więcej mnie w banku nie ujrzeli. Podjęłam pracę w rodzinnej firmie transportowej, ale to też nie było to. W dzień znów siedziałam w papierkach, a wieczorem odnawiałam krzesła, taborety, skrzynie, pudełka i nieśmiało marzyłam o zajęciu się refreszingiem na poważnie. Jednak urodziła się Zosia i znów swoje plany odłożyłam. Tyle że w każdej wolnej chwili szlifowałam, malowałam, przerabiałam. Spod mojego pędzla wychodziły kolejne cuda. Pewnego pięknego dnia oznajmiłam mężowi, że chcę się tym zająć na stałe, chcę z tego żyć, bo innej pracy sobie nie wyobrażam. W jego oczach zobaczyłam przerażenie i sceptycyzm na poziomie 10 w skali od 1 do 10, lecz także i odrobinę zrozumienia.

W zgodzie ze sobą

Ustaliliśmy dwa miesiące próbne. Minął miesiąc, drugi, trzeci i czwarty, a ja nadal szalałam ze szlifierką, wkrętarką i pędzlami. Wyżywałam się artystycznie na meblach, a te szybko znajdowały nabywców. Teraz prowadzę własną firmę i stylizuję meble na zamówienie. Wszystko przy nich wykonuję ręcznie. Wysyłam je w najróżniejsze miejsca w Polsce, a także do Niemiec i Anglii. Jestem szczęśliwa!