Od pół roku mieszkamy w Nysie, dokąd uciekliśmy ze zbyt głośnego Wrocławia. Zyskaliśmy góry, jezioro, las, mnóstwo zieleni i rodzinę w pobliżu – miejsce idealne. Trzeba było „tylko” wykończyć dom. W każdy weekend i w chwile, gdy dzieci były pod opieką babci, robiliśmy remont, najpierw z pomocą fachowców, później sami. Malowaliśmy, składaliśmy kuchnię, docinaliśmy blaty i osadzaliśmy drzwi. Gdy czegoś nie wiedzieliśmy, pytaliśmy Youtube’a. Mieliśmy sporo przygód: od licznych drzazg, przez dłuto wbite w dłoń, aż po bliskie spotkania z prądem (szczęśliwie mąż wyszedł z nich cało). Praca była ciężka, nieraz okupiona łzami, ale też wspaniała. Jej efekty napawają nas dumą. Przekonaliśmy się, że sprawdzamy się jako tandem w trudnych warunkach. Remont wiele nas nauczył i zachęcił do realizowania własnych projektów mebli oraz ulepszania tych gotowych. Urządziliśmy w garażu stolarnię. Najmilsze etapy to dekorowanie (ozdoby znajduję przeważnie na starociach albo robię) i aranżowanie (zmiany zachodzą często!). Najwięcej pracy i nerwów kosztuje mnie utrzymanie przy życiu zieleni, bo choć kocham rośliny, to nie mam do nich ręki.

Bo mąż mi kazał

W domu trudno o pustą ścianę. Cały jest obwieszony drobiazgami, takimi jak lusterka, makatki, litery i obrazki. Te ostatnie to moje autorskie plakaty.  Po urodzeniu Zuzi rzuciłam kierownicze stanowisko w banku, by być przy niej. Niestety, mój pomysł na biznes (internetowy second-hand) szybko skończył się klapą. Zrezygnowana chciałam powrócić do banku, na szczęście Sylwek na to nie pozwolił. Kiedyś malowałam, a że nasze ówczesne mieszkanie nie pomieściłoby sztalug, zaproponował grafikę komputerową. Nocami uczyłam się rysować z tutoriali w internecie. Pierwszą kolorową podobiznę bulteriera kupiła znajoma. Pokazanie swojej twórczości światu było trudne, ale udało się. Od czterech lat prowadzę sklep BeARTposter i żyję z tego, co lubię robić. O to chodziło!