Tajemnicza góra

On jest przedsiębiorcą, ona działa w organizacji charytatywnej. Pracują do późna. Gdy chcą odpocząć od ludzi i zgiełku, nie muszą uciekać ani w świat, ani od świata. Wracają do apartamentu w centrum stolicy. Od razu wchodzą w swój „lounge” (wypoczynek) – „przyciszone” światła i miękkie cienie zwielokrotnione błyszczącymi frontami minimalistycznych mebli.  

Tajemnicza góra
Tajemnicza góra
Tajemnicza góra

Trafił swój na swego... można powiedzieć o spotkaniu Pauli i Jacka (szefa agencji reklamowej, który sam o sobie mówi, że w pracy jego zamiłowanie do szczegółów jest utrapieniem dla współpracowników) – z architektkami: Agnieszką Stefańską i Bibianną Szyszko-Stein. One nie odpuszczają szczegółom konstrukcyjnym wnętrz, a z fachowców potrafią wycisnąć siódme poty i ósme talenty. Po zderzeniu takich osobowości wytrącają się pierwiastki precyzji. Przykład? Pierwszy z brzegu – fornirowana orzechowa ściana, która zaczyna się za drzwiami do mieszkania,
a w salonie ustępuje pola innej, czarnej, lakierowanej na wysoki połysk. Ciągnie się przez cały hol i poza motywem słojów orzechowca oraz poziomym wgłębieniem na szerokość dłoni nie znajdziemy na niej żadnych detali: klamek, wieszaków. Wiadomo, że gdzieś trzeba chować odzież, odkładać drobiazgi. Gdy Jacek odbiera moją kurtkę, okazuje się, że lita – zdawałoby się – ściana jest frontem mebla kryjącego potężną garderobę i wnętrze toalety dla gości. – To nasza sekretna szkatułka – mówią gospodarze. Owo poziome liniowe wgłębienie okazuje się tajemnym uchwytem.
Dizajnerski (funkcjonalny, a przy tym dekoracyjny) detal użyty jest konsekwentnie. Wodząc dłonią po wgłębieniu, dojdziemy z salonu do sypialni. Nawet po omacku. Jeśli ktoś miałby taki kaprys, bo światła – dyskretnie ukrytego w podcięciach mebli i podwieszonych sufitów – nie brakuje.

dzielenie przez dodawanie

Było o tym, co ukryte, teraz odwrotnie. Najbardziej rzucającym się w oczy architektonicznym elementem wyposażenia jest ruchoma ścianka kojarząca się ze skrzelami rekina albo wlotami powietrza w nadkolach sportowych samochodów. Masywna pionowa żaluzja przypomina też „udomowioną” wersję modułowych rozwiązań stosowanych do dzielenia przestrzeni w hotelowych lobby lub salach konferencyjnych (działanie opisujemy przy zdjęciu). Gospodarze chwalą ją, bo dyskretnie przesłania kuchnię.
Nie korzystają jednak z możliwości przesuwania i dodawania lub odejmowania pionowych listew. Trzymają się raz ustalonego rytmu i gęstości (przejrzystości) przesłony. By poruszyć panele, należy użyć klucza imbusowego (podczas gdy żaluzje okienne są sterowane elektrycznie).

dodawanie przez dzielenie

Pomiędzy „skrzelami” utworzono dwa przejścia, którymi na skróty (z pominięciem salonu) przedostajemy się do kuchni. Gdy staniemy przed białym, błyszczącym, minimalistycznym frontem wysokiej zabudowy spotka nas kolejna niespodzianka. W miejscu gdzie spodziewamy się znaleźć drzwi ukrytej lodówki (sugeruje to pionowy prostokątny obrys), otwiera się... sezam? Lepiej. Przejście do przestronnej, wygodnej spiżarni. Kolejne miejsce jakby stworzone do zabawy w chowanego. Syn gospodarzy, na swoim kinder party, miałby fory.
Ale i dla dorosłych gra w chowanego wydaje się idealna – przekonuje pani domu. – Gdy decydujesz się na salonową kuchnię, każda źle odłożona szklanka czy butelka psuje nastrój zbudowany najlepszą muzyką i najpiękniejszym światłem.

nas troje

To ważne, bo właśnie z nastrojów i wrażeń wzięły się tony i półtony tego wnętrza: czarna, wręcz gorzka ściana telewizyjna, brązowe forniry, zasłony i żaluzje na ścianach, także poza obrysem okien. Światło dnia pada na czarno-białą kuchnię jak w jakimś filmie noir o detektywie Marlowe.
Garderoba ze ścianą spersonalizowanych schowków, szuflad i szufladek kojarzy się z mediolańskim butikiem. Właściciele żyją szybko, w dużej mierze oddzielnie, więc u siebie pragną zatrzymać czas – zwłaszcza wspólny. Wnętrze pomaga w mig rozprawić się z bałaganem. Gdy wracają z podróży, rozpakowane rzeczy od razu znikają w ścianach. I już są u siebie. Mogą otworzyć wino i usiąść na ciepłej posadzce wykonanej z egzotycznego drewna gombeira. Najlepiej na schodkach do „czilautu” – podestu przechodzącego w taras. W dniu gdy się wprowadzili, też tu siedzieli. Patrzyli w dal mieszkania, które wydało się ogromne, i Paula powiedziała: „To cały nasz dom”.

Ocena: 0
Tekst: Piotr Baran Zdjęcia: Marcin Czechowicz

POLECANE ARTYKUŁY