Marek Cecuła: porcelana i fabryka unikatów

Wybitny polski ceramik Marek Cecuła w Nowym Jorku bywa. Nadal ma tam swoje biuro, bo to miasto, z którym kontaktuje się cały świat. Paradoks polega na tym, że Marek Cecuła jest tam obecny, siedząc w swojej pracowni w Kielcach, w której go odwiedziliśmy.

Marek Cecuła
Marek Cecuła
Marek Cecuła
Marek Cecuła
Marek Cecuła

Marek Cecuła wyjechał z Kielecczyzny, uciekając z Polski do Izraela w latach 60. Na dziesięć kolejnych lat zaszył się w kibucu, by potem trafić do komuny hipisowskiej. Po drodze była Brazylia, aż wreszcie, przez trzydzieści pięć lat Ameryka. Teraz znowu są Kielce: tu należał kiedyś do harcerstwa i tu znowu, wokół porcelany, organizuje grupę. Gdy czegoś chce, mówi „chcemy”, bo ciągoty do kolektywności i wchodzenia z ludźmi w interakcje pozostały w nim na całe życie. Marek Cecuła kręci się po kieleckim atelier w kowbojskich butach, opowiada o międzynarodowym DCK (Design Center Kielce), którego ma być szefem, macha rękoma, śmieje się - oczy błyszczą, słowa lecą, pozytywna energia aż bucha. Na ścianie przy wejściu czarno-białe zdjęcie przystojniaka. To on z czasów, gdy studiował ceramikę w Jerozolimie.
Teraz z głębi półki wyciąga a to czajnik z dwoma uchwytami (bo dla lewo- i praworęcznych), a to porcelanową tackę fresh z dziurkami, przez które przebijają wyrastające z drugiego dna kiełki, a to misę „do czegokolwiek”, z odciśniętą od spodu dłonią, by dała się lepiej trzymać. W atelier Marka Cecuły nigdy nie powstaje porcelanowa masówka, lecz wdzięczne i pełne humoru przedmioty unikatowe. Porcelana projektowana przez Marka Cecułę to przedmioty wnikliwie przemyślane, użytkowe, ale tak wyrafinowane i zmysłowe, że z przyjemnością się ich dotyka i głaszcze je, przekładając z ręki do ręki.

Marek Cecuła i porcelana

A porcelana musi być pieszczona na wszystkich etapach produkcji. Czyści się więc ją, gdy jest jeszcze młoda, „zielona” - jak mówi Marek Cecuła - bo świeżo wyjęta z formy, czyści „po biskwicie” (wypał w tysiącu stopni) i w końcu „po szkliwie” (wypał „na ostro” w tysiącu trzystu). – Krawędzie szlifuje się delikatnie, bo jeśli nie, to porcelana zapamięta i zemści się pęknięciem albo rysą. Czasem coś się wyleje, coś się nie uda, ale zaraz coś z tego wynika. Jakiś pomysł – wyjaśnia Marek Cecuła, zerkając mimochodem na miękkie jeszcze, odcięte od formy skrawki. I już bierze je w palce i już gniata. – Dobre idee znajdujemy i w lesie, i w fabryce. Jesteśmy wścibscy – śmieje się artysta. Nie tylko ciekła glinka (poprodukcyjny porcelanowy złom fascynuje go tak samo) to znakomity surowiec dla „recykling art”. Szczątki skorup przetwarza, jak to sam określa, w „obiekty” artystyczne (cykl „Fragmentacje”). A gdy celowo zapomni, że talerz służy do jedzenia, i 576 sztuk połączy w dywan, to z tych przedmiotów codziennego użytku powstanie dzieło sztuki. - Ja robię dziury w kubkach i w czajniczkach. Dodając im emocji, odbieram „użytkowość”. By zmienić coś, co znamy, na coś innego, najpierw muszę to „zepsuć" - wyjaśnia artysta.
Takie unikaty ustawiają w swoich domach kolekcjonerzy, dla których sztuka to nie tylko obrazy. Marek Cecuła chciałby wślizgnąć się ze swoją porcelaną do każdego kredensu, w miejsce zarezerwowane dla ceramiki wyjątkowej. – Takiej, której używamy raz w roku, którą celebrujemy życie – mówi. Zestaw dla pary zakochanych („Lover Set”) przeznaczony jest do picia czegokolwiek, nieważne czego, byle to był ceremoniał i byle we dwoje. – Kiedyś w każdym domu stała figurka porcelanowa. Niby bezużyteczna, ale była czymś. I ciocia, babcia coś takiego miały – wspomina artysta. – My jesteśmy nowoczesną, współczesną wersją tej tradycji. Chcemy zająć to miejsce.

Ocena: 0
Tekst: Emila Szostak-Dalmaz Zdjęcia: Marcin Czechowicz

POLECANE ARTYKUŁY