Zamiłowanie do metalu Jerzy i Wiesław przekuli na rynkowy sukces. O klientów nie muszą zabiegać, bo przychodzą z polecenia i zwykle wracają z kolejnym zamówieniem. Współpracują z architektami, ale dużo też projektują sami – nie w komputerze czy na papierze, lecz w metalu, zamiast szkiców od razu robiąc prototypy. Inspiracje znajdują w starych rysunkach i fachowej literaturze. W podręcznej biblioteczce mają takie rarytasy jak „Die Kunstschlosserei. Eine Darstellung der gesamten Praxis des modernen Kunstschlosserbetriebes”, książkę wydaną w 1927 roku w Lubece. – Byłem w szoku, znajdując w jednym z paryskich antykwariatów całą półkę tytułów poświęconych kowalstwu artystycznemu. W Polsce jest o nie bardzo trudno – opowiada Jerzy.

Tradycja zobowiązuje

Zanim z Wiesławem założyli własną firmę, Jerzy pracował w działającym od 1921 roku warsztacie Antoniego Szmalenberga. Już po odejściu „na swoje” przez pewien czas tworzyli
ze Szmalenbergiem spółkę. – Był skryty, ale udało mi się dużo nauczyć od jego pracowników, jeszcze przedwojennych – wspomina Jerzy. – Starzy kowale pilnie strzegli tajemnic fachu – dopowiada Wiesław. Gdy ktoś wchodził do kuźni, przerywali pracę albo zakrywali się fartuchem. Kowale Losu chętnie dzielą się wiedzą i doświadczeniem, zatroskani, że ich rzemiosło może nie przetrwać. Zaczynali z jedną wiertarką ręczną, kowadłem i przenośną kuźnią. Ze Skierniewickiej, od Szmalenberga, przenieśli się najpierw na Obozową, a dopiero stamtąd do pofabrycznych zabudowań na Szmulkach. – Z metalu zrobimy, co kto sobie wymarzy: ramę lustra, lampę, stół, krzesła – wylicza Wiesław. – Ale klient musi z nami
najpierw pogadać, czasem nawet się pokłócić – mówi. Jednym z ciekawszych wyzwań, jakie wspominają, było wykucie łóżka w stylu gotyckim do pokoju nastolatki. Zanim je zaprojektowali, szczegółowo wypytali ją, czego słucha.

Muzyka kowali

Gdy dwaj kowale pracują razem, jeden wybija rytm małym młotkiem, drugi dużym młotem kuje w zadanym tempie. Kowadło jest czułym instrumentem, w każdym miejscu wydaje inny dźwięk. – Dyryguje ten, kto trzyma mały młotek. On rządzi! – wyjaśnia Wiesław. Z Jerzym grają w duecie bez jednej fałszywej nuty. Podkowy kują tylko na prezent. Największa miała pół metra! – Żeby wykonać prawdziwe, trzeba wiedzieć jak, by nie zrobić koniowi krzywdy. Muszą mieć odpowiednie ukształtowanie i ciężar – tłumaczy Jerzy. – My nie mieliśmy gdzie zdobyć doświadczenia – dodaje z uśmiechem. Kowali Losu znaleźć można przy Wojnickiej 2 i na: kowalelosu.pl