półki są moimi sprzymierzeńcami, to na nich najpierw kulturalnie ustawiam, a potem ordynarnie upycham. A może wyjściem z sytuacji będą dla mnie regały-rzeźby, gdzie postawienie przypadkowej rzeczy jest estetycznie niedopuszczalne.
Czy pani coś kolekcjonuje? A pan? O, owszem. Od dziecka. Ja zbieram maskotki kotki, a mąż proporczyki. A pani, pani Magdo? Dozorca się zainteresował. Pani to pewno sztukę zbiera, co? Albo jakie albumy, no nie? No właśnie, niekoniecznie. Niestety. Ja nie zbieram jak cywilizowany człowiek. Ja obrastam, a proces ten nie podlega kontroli. Nieświadomie, bez zrozumienia i bez wyjątku. Zależność: ładne – biorę. Po co?
To pytanie nie pada. Ba, nawet nie pojawia się w tyle głowy. Kompulsywnie, nałogowo znoszę emaliowane dzbanki, z chemika, za grosze. Gdzie staną? Nie wiem. Obieraczka do ziemniaków, prześmieszna, w kształcie marchewki. Trzecia obieraczka w szufladzie. Ja ziemniaków nawet nie tykam. Piękna miska, cudny wieszak, świetne ręczniki. I tak dalej. Tak zwani ludzie to fajnie mają. Jak nazbierają, pozbierają, tak, że się ruszyć już nie będą mogli, to na działkę wywiozą. I tam sobie to wszystko będą trzymać, na wczasy i na czarną godzinę. A ja działki nie mam. Za to od lat prześladuje mnie sen. Wybucha wojna. Nie mam w baku benzyny, by uciekać przed Niemcami, i nie mam tuszu do rzęs. Ostatnio sen wrócił. Tym razem mam tusz do rzęs i zatankowany samochód, ale skarby, które chcę zabrać ze sobą (między innymi: fotel Vitra, lampa Artemide, kryształowy dzban na cynie i wszystkie książki, których nie zdążyłam przeczytać), nie mieszczą mi się do bagażnika. Przywiązanie do rzeczy. Umiłowanie przedmiotu. Obudziłam się zlana potem. Czyżbym była tak płytka, małostkowa? I postanowiłam pozbyć się wszystkiego, co mam, a bez czego z powodzeniem mogę się obejść. Wszystkich naczyń dekoracyjnych, które zbierają kurz. Wszystkich zmian pościeli, które nie mają poszewki na poduszkę. Pozbędę się lampy, która razi w oczy i której nigdy nie zapalam, i dizajnerskiego krzesła z kartonu, na którym boję się usiąść. Pozbędę się także poduszek, które leżą w moim domu na kanapach, fotelach i po kątach. A także wełnianych, drapiących pledów, które nigdy nikogo nie utuliły. Poczuję się o niebo lepiej. Lżej. Po co? Psycholog powiedziałby: by żyć bez balastu. Czyżby? Wyrzucę, wyniosę, oddam. By zrobić miejsce na nowe skarby-kotwice, które, niestety, z przemyślaną kolekcją nic nie mają wspólnego.